tymoszynska-reklama

Bloc Party: recenzja albumu "Hymns"


Ponad trzy lata musieliśmy czekać na najnowszy krążek Bloc Party. Po świetnym i mocnym „Four” który był swoistą reaktywacją zespołu w momencie poważnego kryzysu, fani spodziewali się, że Kele i spółka pójdą za ciosem. Tak się jednak nie stało. Najpierw z zespołu odszedł perkusista Matt Tong, później Gordon Moakes, basista. Kryzys dotyczył zupełnie odmiennych wizji muzycznych. Owszem, zespół zagrał kilka koncertów, już z nowymi muzykami, jednak wszyscy zastanawiali się, czy kapela nagra jeszcze krążek, który może stanąć na równi z poprzednimi dokonaniami. Nowe nagrania są dostępna od stycznia. Kele, jako głównodowodzący przyszykował wielką rewolucję. Czy się udało?

Nie od dziś wiadomo, że Okereke miał ogromny wpływ na komponowanie utworów. Już na „Intimacy” romansował z elektroniką, a po wydaniu solowych albumów z muzyką czysto klubową wsiąknął w ten rejon muzyczny do reszty. Słychać to też na „Hymns”, choć nie tak mocno.

Mamy tu do czynienia ze zdecydowanie mniej agresywnym graniem. Dynamiczne motywy gitarowe, zostały zastąpione wyciszonym „pluskaniem”. Tyczy się to też dynamiki utworów. Weźmy chociażby taki „The Love Within” – samplowa perkusja z domieszką dużej ilości elektroniki to idealne podsumowanie albumu. W kwestii melodyjności nie można mieć większych zarzutów, zespół wciąż wie jak stworzyć kawałek, który będzie można nucić po pięciu minutach od odsłuchu. Podstawowym problemem jest jednak natłok elementów, z których Bloc Party nie słynie. Można znaleźć kilka ciekawych rozwiązań, jak rozjeżdzająca się gitara w „The Good News”, najlepszym zresztą utworze na płycie, jednakże czuć przesyt samplami. Można się zgodzić, że Kele miał tym razem pole do popisu. Czasem ma się wrażenie, jakby zespół nie był potrzebny, a wszystko można było dograć samodzielnie w studiu. Pomimo krytyki takich zagrań, utwory słucha się naprawdę przyjemnie. „Virtue” bardzo przypomina „A weekend In the city”, co jest miłym zaskoczeniem.
 Bo momentami czuć, że zespół nie zaginął całkowicie w eksperymentach, a inspiruje się poprzednimi dokonaniami. Szkoda tylko, że tak mało słychać tego na całym krążku. Brakuje porządnego, rockowego hiciora, który mógłby z powodzeniem wywołać poruszenie pod sceną.

Głos Kele również złagodniał od czasu „Silent Alarm”. Nie czuć buntu i szaleństwa, ale tyczy się to jednak klimatu utworów na „Hymns”. Nie można jednak mu zarzuć braku rozwoju. Świetnie odnajduje się w klimatycznych balladach, które nie raz wymagają dużo więcej wysiłku. Louise Bartle, czyli nowa perkusistka, na koncertach radzi sobie wyśmienicie – na albumie nie pokazuje nawet kilkunastu procent swoich umiejętności. Sample niszczą wszystko.

„Hymns” na pewno nie zawiera hymnów, o których będziemy pamiętać przez lata – jest jednak ciekawym eksperymentem, przez który przechodzi dużo zespołów. Pomimo, że jestem umiarkowanie zadowolony z krążka, mam nadzieję, że za kilka lat, kolejny album będzie już swoistym powrotem do Indie-rockowego grania.

Dodaj komentarz

Nie od dziś mówi się, że przyszłość mediów to internet. Większość gazet, rozgłośni i telewizji przechodzi, lub całkiem przenosi się, do świata wirtualnego. Puls Miasta wychodzi naprzeciw swojej społeczności, oferując lokalną telewizję internetową.

REDAKCJA

Agencja Filmowa Reporter

Zbigniew Maciejuk, Ola Majewska, Marek Drwięga

Redakcja

KONTAKT

Agencja Filmowa Reporter

ul. Osterwy 1,
21-500 Biała Podlaska


+48 601 380 302
kontakt@pulsmiasta.tv

NEWSLETTER

* Zapisując się do newslettera oświadczasz, że wyrażasz zgodę na przesyłanie wiadomości drogą elektroniczną.