tymoszynska-reklama

Dobre, bo nasze… Szkatułka talentów – teatr ognia Antidotum

Choć przez wielu niedoceniany, niekiedy nawet nieznany, jest prawdziwą kuźnią talentów i przestrzenią do poszukiwania własnego „ja”. Uliczny teatr ognia Antidotum w tym roku obchodzi swoje dziesięciolecie. O tym jakie były jego początki, jak się zmieniał i czym właściwie jest, rozmawiamy z Sylwią Zdunkiewicz – pomysłodawczynią, autorką wielu scenariuszy, reżyserem ogniowych spektakli, miłośniczką teatru i członkiem warszawskiej grupy MAKATA.

Aleksandra Majewska: Nie jest trochę tak, że Antidotum to teatr trochę sezonowy?

Sylwia Zdunkiewicz: Trochę tak, bo rzeczywiście nie da się zrobić pokazu ognia w budynku, ale chcemy działać przez cały rok, dlatego też kupiliśmy już sprzęt ledowy i nawet mamy już za sobą kilka pokazów. No a poza tym mamy przecież teatr cienia. Tak więc teraz nie mamy już takiego „martwego sezonu”, jak to było kiedyś, zimą.

A.M.: Pojawił się teatr cienia, powiedzmy więc, czym on właściwie jest?

S.Z.: Wydaje mi się, że pomysłodawcą teatru cienia był Damian Trzpil. On to gdzieś zobaczył, coś podpowiedział, a ponieważ moja młodzież jest bardzo ambitna, oni nie chcą robić tylko pokazów cyrkowych, chcą czegoś więcej z tej strony teatralnej. Pomyśleliśmy sobie, że przy pomocy żonglerki, ognia, trudno jest wyrazić jakąś treść. Wiadomo, że teatr uliczny jest mniej zrozumiały niż teatr słowa. Czasem jest tak, że ludzie po prostu nie wiedzą o co chodziło, czasami do tych naszych pokazów wymyślają swoje historie… choć niekiedy bardzo ciekawe. Dlatego też podsumowując wszystko, postanowiliśmy do tego naszego ognia dodać jeszcze cień. Pani Małgosia uszyła nam wielkie płótno, Adam Korszun zrobił nam wielką konstrukcję, na której wieszamy to płótno i zaczęliśmy pracować, chociaż to jest niezwykle ciężka praca. Poświęciliśmy wiele godzin.

A.M.: Wszystko zaczęło się od ognia, dopiero później pojawił się teatr cienia… ale dlaczego właściwe ten ogień i co można przez niego wyrazić?

S.Z.: Faktycznie, teatr cienia zagościł u nas po 8 latach od powstania teatru. „Uro Boros” zagraliśmy w tamtym roku, ale tak naprawdę gotowi byliśmy już od ponad roku. Z premierą trzeba było się wstrzymać, zawiodła pogoda. Padał bardzo duży deszcz i nie mogliśmy grać, a potem był sezon zimowy i przerwa. Czemu ogień? Wyrazić coś za pomocą ognia nie jest łatwo. Teraz robimy dużo ćwiczeń na emocjach. Staramy się pokazać, że ogień może być delikatny i wykorzystując go można opowiadać o miłości, spokoju, ale z drugiej strony ten sam żywioł może być zły. Ciągle pracujemy. Próby też są tak podzielone, żeby na jednej ćwiczyć technikę żonglowania ogniem, ale na kolejnej już pracować nad ciałem, żeby za jego pośrednictwem móc wyrazić określone emocje. Znów wracam do tego, czemu właśnie ogień. Wszystko tak naprawdę zaczęło się od młodzieży, która funkcjonowała u nas na tzw. squocie. Ci ludzie zostali zaproszeni przez moją ówczesną panią dyrektor, do udziału w pewnym konkursie. Mnie natomiast poproszono o pomoc dla tej młodzieży. Okazało się, że całkiem dobrze układała nam się ta współpraca i wówczas pojawiła się propozycja skierowana do mnie, żebym poprowadziła teatr. No tak to się zaczynało, część osób z tego właśnie squotu zaczęła przychodzić.

A.M.: Pani jest autorką scenariuszy? Czymś się pani inspiruje?

S.Z.: Ostatnio liczyliśmy swoje sztuki, jest ich sześć. Do niektórych to ja układam „treść”, jak na przykład do „Drogi przez życie”, ale mieliśmy jeszcze „Opowieść o wolności” – tutaj grupa bardzo intensywnie działała wspólnie. Był jeszcze spektakl „Krąg życia”, jego pomysłodawcą był Kacper, którego nie ma już teraz w grupie. On to wszystko rozpisał, a wiadomo, my to nieco przekształcaliśmy, bo nigdy nie jest tak, że oryginalna wersja pozostaje niezmieniona. Ciekawie rzecz ma się w przypadku „Uro Boros”, bo tutaj naszą inspiracją był Gombrowicz, a dokładniej „Ferdydurke”. Chcieliśmy wykorzystać coś nie takiego prostolinijnego, ale przeciwnie. Najpierw czytaliśmy fragmenty, tam były poruszane przecież różne problemy, no i młodzież jakoś tak podchwyciła tę treść. Dużo łatwiej było nam przekazać, to co chcieliśmy, publiczności. Do tego w „Uro Boros” wykorzystaliśmy cień, on też był bardzo czytelny dla odbiorców.

A.M.: A do kogo właściwie te spektakle są adresowane? Do każdego? Czy może raczej do „smakosza” sztuki teatralnej?

S.Z.: Wydaje mi się, że bardziej do smakosza, ale też wielokrotnie rozmawiałam z osobami, które nie fascynują się teatrem, nie jeżdżą na przeglądy, potrafią dostrzec sens, choć nie jest to łatwe. Kiedyś próbowaliśmy zagrać „Krąg życia” na komercyjnej imprezie, to mówiąc wprost – nie poszło. Natomiast, kiedy wprost jest powiedziane, że gra „teatr Antidotum” i ludzie wiedzą, że idą na teatr, to jest po prostu świetnie! Staramy się jednak ambitnie podchodzić do tematu. Jeśli chodzi o treść, to mogę powiedzieć, że to ja sobie ułatwiam, a młodzież przeciwnie! Oni chcą, żeby ktoś, kto będzie nas oglądał pomyślał trochę nad tą sztuką. Widać, że są zainspirowani tą stroną teatralną. Oprócz tego, że świetnie radzą sobie w pokazach ogniowych, to chcą jeszcze coś przedstawić, chcą zmusić trochę widzów, żeby się pozastanawiali.

A.M.: Jak długo przygotowujecie się do spektakli? Nie mówimy o pokazach ogniowych, tylko o sztukach teatralnych…

S.Z.: Najwięcej czasu zajmowało nam zazwyczaj wymyślenie samego scenariusza. Dlaczego? Jak robimy teatr słowa to najczęściej na podstawie książki, gotowego scenariusza, gotowej sztuki. W naszym przypadku jest inaczej. Co prawda faktycznie zainspirowaliśmy się Gombrowiczem, inna kwestia, że wyszło nam zupełnie coś innego, ale też poruszającego ważne kwestie. Z perspektywy czasu widzę, że młodzież mówiąc kolokwialnie – rozkręca się teraz. Kiedyś scenariusz przygotowywaliśmy trzy miesiące, teraz, nie wiem czy doszliśmy już do takiej wprawy, czy tak dobrze czujemy tę sztukę, ale wychodzi nam to dużo szybciej. W przypadku ostatniego spektaklu, na jego rozpisanie potrzebowaliśmy zaledwie czterech prób. Zrobienie takiego spektaklu zajmuje nam w sumie rok! W przypadku „Uro Boros”, gdzie premiera nam się przesunęła z powodu pogody, przygotowywaliśmy się dwa lata, szlifowaliśmy jeszcze wszystkie niedoskonałości.

A.M.: Zastanawiam się wobec tego, jak zmobilizować grupę młodych ludzi, żeby przychodzili na próby, żeby chcieli się uczyć, żeby nie było im szkoda czasu na teatr…

S.Z.: Moja młodzież to takie perełki. Generalnie jest tak, że część młodych ludzi idzie na tańce, bo to teraz jest modne, nawet jak tego nie czuję, to jednak się zapiszę. Inni chodzą na angielski, bo to jest potrzebne, a młodzież teatralna to są ludzie trochę innej kategorii. Nie są ani lepsi, ani gorsi – są inni. Przez mój teatr przewinęło się tak wiele różnych osób, bardzo charakterystycznych, o zupełnie odmiennych poglądach. To są przecież ludzie z zupełnie innych środowisk, a w temacie teatralnym dogadują się doskonale. Na pewno gdzieś pojawia się rywalizacja, ale nie ona jest najważniejsza. W naszym teatrze od samego początku bardzo ciężko pracujemy i oni sami widzą, że jeśli chcą nadążyć, to muszą przychodzić. Bardzo trudne jest ćwiczenie samych układów, żeby zapamiętać kolejność, żeby to zgrać wszystko w jednym czasie. Czasami pracuję nad całą grupą, ale zdarza się, że tylko nad jedną osobą. Wówczas reszta nie siedzi i nie plotkuje, ale gdzieś z boku ćwiczy sobie swoje układy.

A.M.: Teatr ognia nie należy do najpowszechniejszych. Jak wygląda kwestia konkursów? Są takie, w których nie występujecie jedynie jako goście? Czy może jest ich ciągle za mało?

S.Z.: Takim najbardziej znanym przeglądem teatrów ognia jest ten, organizowany w Ostródzie, ale w nim nie ma części konkursowej. Grupy przyjeżdżają, żeby się zaprezentować, bez oceniania. To taki przegląd, w którym bardziej liczą się nie tyle umiejętności teatralne, ile właśnie kuglarskie. Nam jeszcze nie udało się wystąpić na tym festiwalu w Ostródzie, natomiast pojawiamy się na innych przeglądach, ale najczęściej jest tak, że występujemy już na końcu, bo przecież żeby zaistniał ogień, musi być ciemno. Zawsze jeździmy na „Dionizje teatralne” do Ciechanowa. Występowaliśmy tam i gościnnie, i jako uczestnicy konkursu. Niestety nie da się traktować nas jako uczestników, skoro wszystkie grupy to teatry klasyczne. Nie jeździmy dużo, ale robimy co się da, próbujemy. Na pewno bardzo chętnie występujemy w okolicznych miejscowościach, ale to nie to samo, festiwali jest za mało. Festiwale bardzo dużo dają, dodatkowo młodzież ma motywację do dalszej pracy. Bardzo twórczym i przydatnym wyjazdem była „Żelka”  w ubiegłym roku w Lublinie. Tam ćwiczy się dzień i noc, nie ma konkursu, są tylko typowe warsztaty.

A.M.: Wracając do początku… Jak teatr zmieniał się na przestrzeni lat? Z pani perspektywy oczywiście…

S.Z.: Pamiętam, że ta pierwsza grupa była naprawdę duża, oni się nazywali Tangaro. Potem część z nich przeszła do mnie i stworzyliśmy naprawdę fajną, dużą grupę. Nie ominął nas jednak kryzys. Był rok, kiedy na próby przychodziły trzy dziewczyny! Nie zrobiłyśmy wówczas żadnego spektaklu, ale warto dodać, że te dziewczyny były naprawdę wyjątkowe, bardzo kreatywne, ambitne. Jedna z nich wprowadziła do pokazów koło ogniowe. Kupiliśmy je, no i ona zaczęła nim kręcić, ja sama nic nie potrafiłam na nim zrobić, uczyłam się. Teatr się zmieniał, inspirowaliśmy się różnymi grupami, podpatrzonymi na różnych konkursach, ale podstawa pozostaje niezmienna. Jest nią młodzież i wspólne szukanie treści, którą później można będzie przekazać. Jedno co ja zmieniłam w swojej pracy to to, że przestałam „dręczyć” młodzież aktorsko. Kiedyś jak ktoś do mnie przychodził to od razu zasypywany był ćwiczeniami aktorskimi, ruchowymi – otwierającymi ciało, ale niestety okazywało się, że połowa grupy uciekała. Jeżeli za szybko wrzuca się kogoś na zbyt głęboką wodę, to on się szybko zniechęca. Teraz to wygląda tak, że nowy członek grupy dostaje sprzęt i może sobie gdzieś z boku zaczynać ćwiczyć. Jak wszyscy już się znają, zaczynają się otwierać, to dopiero wówczas zaczynam wprowadzać różne ćwiczenia. Dopiero wtedy widzę, jak ta młodzież się zmienia.

A.M.: Czy Antidotum ma jakieś konkretne plany na przyszłość?

S.Z.: Staram się dopasowywać do potrzeb. Jeżeli moja młodzież ciągle chce pracować z ogniem, to ja im na to pozwalam. Teraz dokupiliśmy już trochę sprzętu, bo zaczynaliśmy właściwie bez niego. Było tylko to, co ja miałam, później robiliśmy go sami, z łańcuchów i szmat. Teraz już wygląda to dużo lepiej, dyrekcja widzi nasze potrzeby, no i od czasu do czasu możemy zakupić coś nowego. Co do przyszłości, to nie chcę tak daleko wybiegać. Ja mam w tej chwili jedną wizję, chcę zrealizować nasz spektakl, który sobie wymyśliliśmy, chcę, żeby ten nasz teatr rozwijał się samoistnie.

A.M.: Co możemy w takim razie powiedzieć o spektaklu, nad którym teraz pracujecie? Znów będzie niemy?

S.Z.: U nas nigdy nie ma słowa, nie będzie i teraz. Mieliśmy jeden spektakl „Takie to dzieje” – o Baczyńskim, to w nim mieliśmy muzykę polską i tam były polskie słowa, w podkładach muzycznych. One pomagały nam przedstawić to, co się dzieje na scenie, ale to wszystko było w grupie. Natomiast ten spektakl będzie pierwszym, w którym młodzież będzie miała role. „Alicja w krainie ognia” jest inspirowana oczywiście „Alicją w krainie czarów”. Wiadomo, że nie będziemy kopiować ani wiernie odzwierciedlać bajki, ale wykorzystujemy niektóre postaci. Mamy Alicję, Kapelusznika, Królika, Czerwoną Królową, Białą Królową – każdy ma swoją rolę. Teraz zaczyna się więc praca nad osobowością tej postaci, gdzie u nas to się do tej pory nie zdarzało.

A.M.: Czy Antidotum to alternatywna forma rozrywki, czy raczej nie powinniśmy tak mówić?

S.Z.: Dla mnie teatr to jest hobby, praca, czy możemy mówić w tej sytuacji o rozrywce? Jedni pewnie powiedzą, że tak, inni zaprzeczą. Czy to jest rozrywka dla młodzieży? Pewnie tak. Patrząc z perspektywy czasu na osoby, które „przechodziły” przez teatr, zastanawiam się, w którym kierunku część z nich by poszła. Wielu z pewnością nudziłoby się, wielu pewnie trafiłoby w nienajlepsze towarzystwo i zaczęłoby pić albo coś palić. Ja natomiast mam na swoim koncie osoby, które powiedzmy, że zmierzały w niewłaściwym kierunku, zaczynały gdzieś tam na przykład palić papierosy, a jednak trochę pod moim wpływem, trochę przez teatr – przestały.

A.M.: Czyli Antidotum to w pewnym sensie resocjalizacja przez teatr?

S.Z.: Do mnie przychodzą bardzo różne osoby. Może źle myślę, ale wydaje mi się, że często jest, że np. na taniec towarzyski to rodzice prowadzą dzieci, a do takich teatrów jak mój, trafiają osoby, które nie wiedzą do końca, co robić w tym swoim życiu, chciałby się gdzieś „zaczepić”, ale nie do końca wiedzą gdzie, chciałby zabić tę nudę dnia codziennego, szarość szkoły, która wciąż nie daje zbyt wielu możliwości rozwijania się. No i myślę sobie, że dla osób, które do mnie przychodzą ten teatr najpierw jest rozrywką, ale z czasem staje się wręcz życiem! Potem  się okazuje, że jedni chcą iść do szkoły cyrkowej, innym marzy się szkoła teatralna. Co prawda po moim teatrze, żeby do niej startować, trzeba byłoby doszkolić się jeszcze u instruktorów słowa, ale zawsze to jakiś początek.

A.M.: W takiej pracy są z pewnością miłe chwile, ale pewnie są i trudności…

S.Z.: Najpiękniejsze w tej pracy  jest to, że widzę, jak ta młodzież zmienia się na moich oczach, ja się otwiera, ale to teatr tak działa. Nie lekcje angielskiego czy pływania – chociaż te też są potrzebne, ale właśnie ta nasza sztuka tak otwiera młodych ludzi. Już wiele razy miałam ochotę rzucić to wszystko, bo myślę sobie „po co ja to właściwie robię? Lepiej byłoby nauczyć tych młodych gotować, bo jeść przecież wszyscy muszą”. W takich sytuacjach włącza się mój mąż, który też jest instruktorem teatralnym i uświadamia mi, że przecież człowiek nie jest zwierzęciem i musi czasami robić coś więcej ponad fizjologię. Pamiętam, że był czas, kiedy nasz teatr był kompletnie niezauważalny i doszło do tego, że ja już tak dłużej nie mogłam pracować, chciałam odejść. Po premierze „Kręgu życia” moja grupa złożyła się na kwiaty i dostałam od nich piękny bukiet! To był naprawdę wspaniałe uczucie. Bardzo bym chciała, żeby ludzie, jeśli już wiedzą, że istniejemy, to żeby nas choć trochę doceniali. Być może nas w ciągu roku, jak pracujemy nad spektaklem nie widać, ale efekt finalny zawsze jest! Nikt nam nie powie, że robimy teatralną „fuszerkę”.

Rodzina ognia!

Teatr ognia Antidotum to poza Sylwią Zdunkiewicz jej utalentowani aktorzy. Czym dla nich jest teatr, dlaczego przychodzą, jak trafili do Antidotum – o tym wszystkim nam opowiedzieli…

Damian Trzpil: Do teatru trafiłem całkowicie przypadkiem, to był impuls. Na wieść, że coś podobnego w ogóle istnieje natychmiast postanowiłem spróbować, pójść, zobaczyć, wybadać teren. To było 7 lat temu, a mam wrażenie jakby to było wczoraj. Myślę, że miałem łatwiej z przełamaniem bariery jaką jest niewątpliwie bycie “tym nowym”, gdyż na pierwsze spotkanie wybrałem się z przyjaciółką. Na krótko przed nami do teatru zapisały się dwie moje inne znajome, w tym Agata Reszko, której teraz bardzo nam brakuje. Czym jest dla mnie teatr?  Teatr jest dla mnie miejscem magicznym, to właśnie tam, tak naprawdę mogę od wielu lat wyrazić siebie i to w sposób, który jest najbliższy mojemu sercu,  czyli poprzez sztukę. Na początku strasznie ciężko było mi sie przestawić na sztukę, w której nie wypowiada sie słów, w każdym razie nie przy użyciu głosu. Szybko jednak przekonałem się, że ten teatr daje mi na swój sposób znacznie więcej niż klasyczny, który dysponuje słowem. Wypowiadanie słów i przekazywanie treści za pomocą układów choreograficznych z użyciem ognia oraz przy pomocy mowy ciała, gestu, mimiki, rekwizytu… to jest tak naprawdę olbrzymie wyzwanie i sztuka na najwyższym poziomie. Teatr jest dla mnie skarbnicą wiedzy i nowych doświadczeń, od 7 lat każda próba i każde spotkanie czy zagrany spektakl uczy mnie czegoś innego nowego i mega cennego. Co jest najtrudniejsze w naszym teatrze?  Tak naprawdę zależy to od osobowości, predyspozycji czy też temperamentu każdego z nas. Ja na przykład nie mogę nazwać siebie najlepszym kuglarzem. Brakuje mi co nie co w technikach żonglerskich, natomiast czuje sie dobrze we współreżyserowaniu spektakli. Każdy z nas wykorzystuje w pracy to, co wychodzi mu najlepiej. Dla jednych jest to niesamowita technika operowania sprzętem ogniowym, a dla innych na przykład wspaniała plastyka ciała. Ja osobiście jestem raczej takim plastusiem (śmiech). To, co wychodzi mi najlepiej i co opanowałem tak naprawdę w mgnieniu oka, to chodzenie na szczudłach z czego jestem bardzo zadowolony (śmiech). Co wyróżnia Antidotum? Najpiękniejsze jest to, że łączymy mnóstwo technik teatralnych i budujemy dzięki nim pełnometrażowe spektakle. Nasza grupa teatralna to nie tylko pokazy fire show dla rozrywki, to coś więcej. Nasze spektakle dotykają różnej tematyki, np. równowagi we wszechświecie, ojczyzny w czasach wojennych, czy też znaczenia ludzkiego istnienia oraz jego wyborów ukazanego w spektaklu “Uro Boros” . Machamy ogniem, wykorzystujemy ruch, gest, choreografię (przypominającą tę taneczną),ale i sięgamy dalej, głębiej eksperymentujemy z teatrem lalek, wprowadzając do spektakli kukły, dodajemy teatr cienia, doskonaląc warsztat z zakresu ruchu i mowy ciała, a ostatnio wprowadziliśmy również sprzęt ledowy i ultrafioletowy, bawiąc się w znowu innej formie. Tak ta różnorodności i nasza chęć sięgania po więcej i po to, co nowe sprawia, że czujemy się spełnieni, a teatr jest unikatowy i jedyny w swoim rodzaju. Nie wiem czy wiesz, ale tak naprawdę nie możemy nawet za bardzo startować w przeglądach czy konkursach, gdyż nie kwalifikujemy się do żadnej z kategorii teatralnej (śmiech). Mieszanie technik i tworzenie własnych form niekiedy sprzecznych z kanonem tych obowiązujących zasad, np. teatru niemego, dyskwalifikuje nas na starcie, ale to nie szkodzi, bo mamy poczucie, że robimy cos wyjątkowego!

Judyta Skwara: Do świetlicy środowiskowej „Dziupla” wpadła jak poparzona nasza koleżanka Diana i opowiedziała nam o teatrze ognia. Nie musiała nas długo namawiać, od razu połknęliśmy bakcyla. Pamiętam pierwszą próbę, gdy po raz pierwszy wzięliśmy do rąk poi ćwiczebne i machaliśmy nimi w sali o bardzo niskim suficie, nabijając sobie sporo niemałych siniaków (śmiech). Pamiętam, że na kolejną próbę przyprowadziliśmy z Damianem troje czy czworo naszych znajomych, którzy szybko zdecydowali, że to jednak nie dla nich. Po około dwóch miesiącach zrezygnowali, a my… zostaliśmy nieco dłużej! Na początku była to tylko grupka ludzi, która spotykała się, aby wspólnie tworzyć, ale z czasem teatr stał sie dla nas wszystkich, i myślę, że również  Damian to potwierdzi, naszą “rodziną zastępczą”. Powstała między nami bardzo silna więź, taka jaka łączy nas w relacjach z bratem, ojcem czy mamą… Wiele razem przeszliśmy, poznaliśmy się nie tylko na scenie, lecz także prywatnie i zbudowaliśmy silną nić porozumienia, łączy nas wszystkich bezgraniczne zaufanie … Ciężko jest to tak naprawdę opisać, to trzeba po prostu przeżyć. Pamiętam jak któregoś dnia Damian nazwał Sylwię (naszą trenerkę) naszą mamą i od tego jednego spontanicznego momentu została nią naprawdę. Myślę, że to właśnie jej zaangażowanie i taka naturalność pozwoliła nam na to, abyśmy sie rozwinęli, każdy na swój indywidualny sposób i we własnym tempie, a ona – Sylwia, właśnie jak ta matka Polka tylko czuwa nad nami i czasem coś doradzi, podpowie, zasugeruje. Czasem zgani, a jeszcze częściej pochwali, wesprze, wysłucha i to nie tylko w kwestiach teatralnych, ale również w tych z codziennego, prywatnego życia. Jedni odchodzą z teatru, inni się pojawiają, ale zawsze od pierwszego spotkania zostają ciepło przyjęci i od razu nalezą do „rodziny” i to już na zawsze. Co sprawia największą trudność? W teatrze nie można mówić o rzeczach trudnych czy najtrudniejszych, my artyści, bo tak mogę nazwać każdego z nas, nie możemy mieć żadnych barier, dlatego pracujemy z przekonaniem, że te bariery nie istnieją, a cała nasza moc tkwi w nas samych. Chcieć to móc ! Każdy może spróbować swoich sił z poi. Jeden będzie miał do tego dar, a jego pokazy fire show będą robiły nieziemskie wrażenie, ale ten który robi to inaczej, może wolniej lub używając innych-łatwiejszych figur, nie jest wcale gorszy. Mówię o tym, bo to bardzo istotna kwestia, każdy z nas ma te same umiejętności, ale wykonuje je po swojemu, czy to w technikach ruchu ciała czy operowania sprzętem. W ten sposób budujemy paletę możliwości, co ułatwia nam budowanie postaci w kolejnych spektaklach. Ja oczywiście czuję się mocniejsza w technikach kuglarskich, żonglerskich, natomiast sfera ruchu ciałem czy operowania gestem jest płaszczyzną, którą ciągle trenuję i doskonalę.

Błażej Bilski: W „Antidotum” dość długo i aktywnie działał mój brat, dlatego też ja poszedłem jakby w jego ślady. Kiedyś na jakimś jarmarku zobaczyłem Sylwię i po prostu pod wpływem impulsu podszedłem, zapytałem kiedy mają próby. Później przyszedłem tutaj no i jestem. A dlaczego? Teatr to moja pasja, ale wcześniej miałem do czynienia z teatrem słowa, natomiast tutaj po raz pierwszy zetknąłem się z teatrem ognia, teatrem ulicznym. To co sprawia teraz największą trudność to chyba te kuglarskie sztuczki, z resztą nie mam problemu.

Agata Widłak: W teatrze jestem od ponad czterech lat. Dlaczego? W moim życiu miała kiedyś miejsce sytuacja bardzo trudna i nieprzyjemna, która spowodowała, że zrezygnowałam z jednych zajęć, w których uczestniczyłam. Ponieważ jestem osobą aktywną, nie lubię nic nie robić, to trafiłam do Sylwii. Wiedziałam, że Damian i Judyta wcześniej już tutaj przychodzili, więc i ja postanowiłam spróbować swoich sił w teatrze ognia.  Największą trudność sprawiają mi te sztuczki „techniczne”. Nie mam natomiast problemu z wyobrażeniem sobie czegoś i zagraniem, raczej z koordynacją ruchową.

Najnowszy spektakl teatru Antidotum to „Alicja w krainie ognia”. Pomyślany jest tak, aby wszyscy mogli mieć w nim choćby niewielką rolę. Wszyscy także biorą czynny udział w jego powstawaniu, począwszy od scenariusza.

– Na początku września siadamy wszyscy wspólnie i razem układamy scenariusz, każdy dokłada swoją cegiełkę i dzięki temu postaci, które tworzymy są autentyczne. To trochę przedstawia nas, bo wiemy jakie mamy temperamenty, jakie umiejętności i czego możemy się po sobie spodziewać. Dlatego właśnie nasze spektakle są takie świeże i autentyczne – dodaje Agata Widłak.

Główną rolę zagra właśnie Agata. Jak sama mówi, do zadania podchodzi bardzo poważnie i uważa je za duże wyzwanie. Dlaczego? – W tym spektaklu jest więcej niż w innych, nie tyle techniki, ile samej gry aktorskiej. To będzie wyzwanie, ale ja lubię wyzwania – dodaje Agata.

Jan Zdunkiewicz: Do teatru trafiłem za sprawą mamy, która jest tutaj reżyserką spektakli. Jeśli chodzi o doświadczenia z teatrem to do tej pory działam w teatrze Fiu Fiu, choć teraz powoli już przechodzę do Antidotum. Dlaczego? Zawsze ciekawiły mnie te wszystkie kuglarskie sztuczki, uczyłem się żonglować. To trwa już od 4-5 lat. Poza tym przez długi czas byłem widzem teatru Antidotum, zawsze byłem mile zaskoczony i wydaje mi się, że ludzie też.

Aktorzy teatru Antidotum mówią jednym głosem, atmosfera jest naprawdę wyjątkowa, serdeczna, rodzinna, a kontakty całej grupy nie ograniczają się wyłącznie do spotkań na próbach. To czego brakuje młodzieży z Antidotum i o czym wspominała również Sylwia Zdunkiewicz, to konkursy! I nie chodzi tu wcale o laury i wyróżnienia, choć to każdej grupie zawsze się przydaje. Chodzi o możliwość sprawdzenia się, o możliwość występu z grupami, takimi jak bialskie Antidotum. Jak podkreślają aktorzy, zdarza się im wyjeżdżać na festiwale, ale zazwyczaj są to raczej gościnne występy, bo trudno jest oceniać kilkanaście teatrów słowa i jeden teatr ognia, choć to jego spektakle zawsze robią ogromne wrażenie.

 – Ten żywioł budzi respekt. To, że ktoś manipuluje sprzętem, a jeszcze przy okazji jest ogień, to wiadomo, że jest to niebezpieczne. Nigdy, odkąd jestem w teatrze, nie spotkałam się z negatywnym odbiorem naszego spektaklu. To nas napędza, żeby nie zatrzymywać się, tylko dalej się w tym kierunku rozwijać. Zdarza się oczywiście czasami, że ludzie odbierają nasze spektakle kompletnie inaczej niż byśmy tego chcieli, ale mają do tego prawo, to jest sztuka – puentuje Agata Widłak.

This slideshow requires JavaScript.

Dodaj komentarz

Nie od dziś mówi się, że przyszłość mediów to internet. Większość gazet, rozgłośni i telewizji przechodzi, lub całkiem przenosi się, do świata wirtualnego. Puls Miasta wychodzi naprzeciw swojej społeczności, oferując lokalną telewizję internetową.

REDAKCJA

Agencja Filmowa Reporter

Zbigniew Maciejuk, Ola Majewska, Marek Drwięga

Redakcja

KONTAKT

Agencja Filmowa Reporter

ul. Osterwy 1,
21-500 Biała Podlaska


+48 601 380 302
kontakt@pulsmiasta.tv

NEWSLETTER

* Zapisując się do newslettera oświadczasz, że wyrażasz zgodę na przesyłanie wiadomości drogą elektroniczną.