tymoszynska-reklama

Nasze zdrowie: Historia pewnego upadku. O tym jak latami rujnowałem swoje życie…

Jakkolwiek to nazwiemy: „choroba alkoholowa”, „uzależnienie”, „alkoholizm” – zawsze w głowie będziemy mieć ten sam obraz: człowieka chwiejącego się na nogach, śpiącego na parkowej ławce, poobijanego – człowieka, który osiągnął dno! Takich jest wielu, ale znacznie mniej jest tych, którzy od tego dna potrafili się odbić i teraz mówią z dumą „od 9 lat jestem trzeźwy”. Poznajcie historię pana Mariusza.

„Piłem od 1992 roku…”

Zwykle jest tak, że pić zaczyna się z jakiegoś powodu. Czasem są to problemy w pracy, czasami niewłaściwe towarzystwo, a czasami nasze własne tragedie, z którymi w żaden sposób nie potrafimy sobie poradzić. Wtedy butelka, staje się naszą najlepszą „przyjaciółką”, której zaczynamy się zwierzać, z czasem znajdują się i kompani, bo pić samemu to smutno. Tak właśnie było w przypadku pana Mariusza, który w 1992 roku stracił oboje rodziców. Jak sam mówi – tata, który zmarł w styczniu, zrobił mi prezent na imieniny, a mama, która umarła w sierpniu, na urodziny -. Od tych dramatycznych wydarzeń zaczęła się równia pochyła, która doprowadziła go na samo dno! Dosłownie…

Mój rozmówca przyznaje, że gdyby nie determinacja jego siostry i szwagra, którzy wszelkimi sposobami starali się ratować mu życie, dziś nic by z niego nie było.

– Kiedyś piłem z kolegą mojego taty. On przyniósł do mnie do domu litr wódki i chciał, żebym pokazał mu gdzie ojciec jest pochowany, bo nie był na jego pogrzebie. Zaprowadziłem go więc na cmentarz, a potem na dworzec autobusowy i wracałem koło sądu. Wtedy zajechali mi drogę policjanci. Zapytali jak się nazywam, ja im odpowiedziałem, powiedzieli mi, że musimy pojechać do mnie do domu po dowód osobisty. Kazali mi wsiąść do radiowozu, więc wsiadłem. W pewnym momencie, jak już jechaliśmy, zorientowałem się, że wcale nie jestem koło swojego domu, tylko przed Międzyrzecem Podlaskim, niedługo potem byłem już koło Radzynia. Zostałem zawieziony do Suchowoli, do doktor Bajkowskiej -.

Oddział do zadań specjalnych

W szpitalu w Suchowoli pan Mariusz spotkał wielu ludzi z podobnymi do jego, problemami. Jak sam opowiada sale były zawsze pełne, a „nadprogramowych” pacjentów kładziono na korytarzach. Mój rozmówca, mimo że pobyt w szpitalu nigdy nie jest niczym miłym, czas, który musiał spędzić w placówce w Suchowoli wspomina niezwykle dobrze. Co wielokrotnie podkreśla, wszyscy zarówno lekarze, jak i pielęgniarki do pacjentów podchodzili z ogromnym sercem. Nikt nie wytykał życiowych błędów, nikt nikogo nie poniżał, panowała tam raczej atmosfera wzajemnego zrozumienia. Każdego przecież może spotkać podobny los. W czasie swojego dwuipółmiesięcznego pobytu na oddziale dr Bajkowskiej, pan Mariusz, jak sam mówi, uczył się różnych zawodów (salowy, fryzjer), tak aby po wyjściu nie zostać z niczym.

Wydawać by się mogło, że na odwyk trafiają ludzie w „średnim wieku”, którzy na swoim koncie mają nieudane inwestycje, rozpadające się rodziny czy po prostu zbyt słabą wolę. Otóż nie tylko. Pan Mariusz z Suchowoli zapamiętał między innymi obraz młodych ludzi, wiecznie pijanych, którzy nawet w szpitalnej łazience sączyli złociste napoje. Niejednokrotnie kończyło się to wyrzuceniem z oddziału, bo na nim jest miejsce tylko dla tych, którzy naprawdę chcą się wyleczyć z wódki! Inny obraz, który przywołuje w naszej rozmowie pan Mariusz, to młode dziewczyny, wyniszczone przez narkotyki! Oddział dr Bajkowskiej to miejsce, gdzie każde „łóżko” to jedna ludzka historia, jedna rodzinna tragedia i jedna ofiara nałogu, czy to alkoholu czy też narkotyków. Najważniejsze tam jest to, aby mieć przekonanie, że wszystko co się ze mną dzieje, nawet jeśli czasami tego nie rozumiem, wszystko to dla mojego dobra. Tej wiary w działania lekarzy nie brakowało nigdy panu Mariuszowi, który sam przyznaje, że chciał przestać pić, ale widocznie niewystarczająco.

Mój rozmówca mówi otwarcie – nie żałuję, że byłem w tym szpitalu! Dr Bajkowska powiedziała na koniec mojej siostrze, że gdyby mnie wtedy nie przywieźli do Suchowoli, to za miesiąc albo dwa byłbym już w trumnie! – wspomina.

„Alkoholik, ale trzeźwy” 

Dwa miesiące na oddziale nie załatwiają jednak problemu. „Alkoholik, ale trzeźwy” – tak często słyszy się od osób, które świadome swojego nałogu i swojej wielkiej słabości, przyznając się do niej, całe życie z nią walczą. Pan Mariusz po wyjściu ze szpitala znalazł się w podobnej sytuacji. Jak sam mówi, leki przepisane przez dr Bajkowską będzie już zawsze musiał przyjmować. „Ale”… nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki nim, co wielokrotnie podkreślał, nie ciągnie go już do alkoholu.

– Dziś wielu policjantów, którzy mnie zatrzymywali, wielu sanitariuszy, którzy po mnie przyjeżdżali pyta mnie – jak żyjesz? Odpowiadam, że teraz wreszcie czuję ulgę. Co prawda palę papierosy, tego nałogu się nie wyzbyłem, ale już nie piję, no i co ważne, nie czuję chęci do alkoholu -.

Pan Mariusz nie pije już od 9 lat! I jak sam podkreśla robi to, bo teraz już wie, że wódka nie jest mu do niczego potrzebna. Oczywiście można mówić, że przyjmuje leki, więc to dzięki nim. Można tak mówić i pewnie w jakimś stopniu tak też jest, ale najważniejsze to, co jest w głowie. Jak podkreśla pan Mariusz, teraz pijące towarzystwo nie robi na nim wrażenia i nie jest w stanie skusić go do sięgnięcia po kieliszek.

– Ostatnio byłem na  weselu swojej siostrzenicy. Wszyscy tam coś pili, próbowali i mi polewać. Ja na tym weselu miałem cały czas kieliszek odwrócony do góry dnem. Nie wypiłem nawet szampana – wspomina.

„Moje poprzednie życie…”

Któż z nas nie wie jak wygląda życie pijaka!? Tak, pijaka właśnie! Czy widząc nieprzytomnego człowieka na ławce w parku myślimy o nim – „jest pijany, może ma jakiś problem, może z czymś sobie nie radzi”… Ilu z nas faktycznie choć raz taka myśl przemknęła przez głowę. Pewnie niewielu, bo zawsze jest coś. „To nie moja sprawa”, „ja też mam problemy, a nie piję”, „najlepiej napić się do nieprzytomności i niech się dzieje co chce”, „ takiego to nawet policja nie chce ruszać” – raczej tak jest, prawda?! Trudno czasami odmówić racji takiemu myśleniu, zwłaszcza, gdy wiemy, że alkohol nie załatwia problemów, a raczej je mnoży, że w życiu nigdy nam nie pomoże. My to wiemy, bo jesteśmy trzeźwi, ale ci, którzy piją widzą to zupełnie inaczej.

Jak mówi nam pan Mariusz, alkoholik nie będzie się zastanawiał gdzie, kiedy, co i z kim będzie pił. O konsekwencjach też nie myśli…

– Piliśmy kiedyś na Prostej, przy więzieniu, u znajomych. Ktoś tam wtedy kupił dużo alkoholu, była też jakaś zakąska. Jak wtedy skończyliśmy, to od tego znajomego z domu wyszedłem tylko ja i jeszcze jeden kolega. Reszta już nie była w stanie. Na rogu, jak się skręca w ulicę Przechodnią przewróciłem się. Akurat wtedy jechał tamtędy mój znajomy z Halo Taxi. Zatrzymał się, zobaczył, że ja leżę na chodniku, wezwał pogotowie. Przyjechała karetka, zawieźli mnie do szpitala, tam zrobili mi płukanie żołądka. Przez całą noc wtedy przyjąłem 9 kroplówek na wzmocnienie! Innym razem jak piłem, to powybijałem sobie zęby! Przy starym szpitalu też czasami piliśmy, to pamiętam, że tam rozbiłem kiedyś głowę, zresztą nie tylko ja, mi wówczas założyli 8 szwów. – mówi nam pan Mariusz.

Oczywiście kiedyś i teraz nie brakuje kolegów od kieliszka, którzy chętnie stawią flaszkę na stół, aby tylko mieć kompana do picia. Kiedyś pan Mariusz nie miał zwyczaju odmawiać. Dziś mówi stanowcze NIE! Sam podkreśla, że nie chce już mieć kontaktu z dawnymi znajomymi. Stare życie już się skończyło. Sam przyznaje, że i tak było dla niego łaskawe, bo po pierwsze teraz jest trzeźwy, radzi sobie, nie pije, a po drugie, w przeciwieństwie do swoich dawnych kolegów, nie kradł, nie siedział w więzieniu. Aż tak nisko nie upadł…

Nowe rozdanie…

Wraz z powrotem z oddziału szpitala w Suchowoli dla pana Mariusza zaczęło się całkiem nowe życie. Życie bez alkoholu, bez dawnych znajomości. Jak sam podkreśla, nie do przecenienia jest w tym wszystkim rola jego siostry i jej męża. Gdyby nie ich działania, choć być może czasami dla człowieka w alkoholowym ciągu niezrozumiałe, kto wie, co teraz byłoby z panem Mariuszem.

W tej chwili nasz rozmówca jest na rencie zdrowotnej, ale jak sam mówi, kiedy trzeba pomaluje mieszkania, ułoży glazurę. Radzi sobie!

Alkohol niszczy. Największy twardziel, który uważa, że go to nie dotyczy, bo „panuje nad sytuacją”, w najmniej oczekiwanym momencie znajdzie się na dnie! Dobrze, jeśli ktoś tak jak pan Mariusz, ma u swojego boku w tych trudnych chwilach ludzi, którzy chcą pomóc, choć cierpią, nad czym żaden alkoholik się nie zastanawia. Wtedy widzi się tylko butelkę, a każdy, kto chce ją odebrać, natychmiast staje się wrogiem.

Alkohol niszczy. Rozbija rodziny, rujnuje życie zawodowe, dewastuje życie naszych bliskich i przyjaciół, których pomocną dłoń alkoholik odtrąca. Liczy się tylko wódka. Do czasu… Jedni, jak pan Mariusz podnoszą się, bo niezależnie jak bardzo upadłeś, zawsze masz szansę na zrehabilitowanie się. Inni, którzy nie mają tak dużo szczęścia dziś są pacjentami oddziałów zamkniętych lub co gorsza w ogóle nie ma ich wśród nas.

Upadek na samo dno, gdy można usłyszeć już tylko pukanie od dołu, może być najlepszym, co nas w życiu spotkało, jeśli tylko pukać będzie przyjaciel.

Tak właśnie było w przypadku mojego rozmówcy. Pan Mariusz zapewnia, że stanu, do jakiego sam siebie doprowadził nie życzy najgorszemu wrogowi. Tylko on i jego najbliżsi wiedzą, jakie piekło trzeba było przejść, żeby teraz na nowo zacząć normalnie żyć.

 

Dodaj komentarz

Nie od dziś mówi się, że przyszłość mediów to internet. Większość gazet, rozgłośni i telewizji przechodzi, lub całkiem przenosi się, do świata wirtualnego. Puls Miasta wychodzi naprzeciw swojej społeczności, oferując lokalną telewizję internetową.

REDAKCJA

Agencja Filmowa Reporter

Zbigniew Maciejuk, Ola Majewska, Marek Drwięga

Redakcja

KONTAKT

Agencja Filmowa Reporter

ul. Osterwy 1,
21-500 Biała Podlaska


+48 601 380 302
kontakt@pulsmiasta.tv

NEWSLETTER

* Zapisując się do newslettera oświadczasz, że wyrażasz zgodę na przesyłanie wiadomości drogą elektroniczną.