Zawody sportowo-pożarnicze OSP: ponadczasowy fenomen czy jeden wielki „przypał”?

Jak co roku, z końcem kwietnia druhowie z jednostek OSP na terenie powiatu bialskiego rozpoczynają zmagania w zawodach sportowo-pożarniczych. Najpierw na etapie gminnym, potem powiatowym. Ćwiczenia strażackie niezależnie od pogody przyciągają naprawdę niemałą liczbę obserwatorów. 

Pierwsze tegoroczne ćwiczenia sportowo-pożarnicze rozgrywane były na stadionie miejskim w Międzyrzecu Podlaskim pod koniec kwietnia. Rywalizowały wówczas 32 drużyny! Z czego pięć to drużyny kobiece. W zawodach brały udział jednostki z terenu gminy Drelów, Międzyrzec Podlaski oraz z miasta Międzyrzec Podlaski.

Jakąś niepisaną regułą jest chyba, że międzyrzeckie zmagania strażaków odbywają się albo w deszczu, albo w porywistym wietrze. To jednak nie odstrasza nikogo. Chyba rzadko zdarza się, aby zawody odbywały bez dopingu. Zawsze są „kibice”, zdarza się, że od lat ci sami.

Na czym polega więc ten chyba ponadczasowy fenomen? 

Trudno ustalić kiedy odbyły się pierwsze w historii zawody sportowo-pożarnicze. Trzeba byłoby zapewne prześledzić historię każdej jednostki OSP, a to nie należałoby do łatwych zadań. Nie mniej jednak nie ma chyba wioski, w której działa OSP, która takich zawodów by nie pamiętała. Oczywiście jednostki ochotniczych straży działały również w miastach, ale to właśnie na wsiach były jak się wydaje, bardziej wyraziste.

Na wsi ze strażą kojarzyły się nierozerwalnie trzy święta: Wielkanoc (i warta przy grobie), Boże Ciało (procesja) i… zawody strażackie! I nazwanie tych ostatnich „świętem” z pewnością nie jest przesadą.

W dniu zawodów, każda wioska MUSIAŁA wystawić swoją drużynę, każdy szanujący się komendant jednostki od samego rana dumnie przechadzał się przez wieś w galowym mundurze, a młodzi druhowie zbierali siły przed rywalizacją nie tylko o puchary, lecz przede wszystkim  o honor i uznanie!

Oczywiście ktoś powie, że w dniu zawodów młodzi druhowie „dochodzili” do siebie po alkoholowych libacjach dnia poprzedniego, ale to z pewnością pojedyncze przypadki i tylko złośliwy będzie się spierał.

Rano, zwykle w okolicach godziny 10 wszystkie jednostki z bojowym nastawieniem i przekonaniem o swoim zwycięstwie, meldowały się w umówionym miejscu! Razem z druhami pojawiał się tam prawdziwy tłum obserwatorów! Kiedyś było trochę inaczej niż dziś, gdzie zawodom towarzyszy swego rodzaju „piknikowa” oprawa. Grill, lody, ławeczki i parasole. Skoro parasole, to zmiennie i złocisty trunek. Zawody, które ja pamiętam to kocyk na trawie, lemoniada albo oranżada w takich fajnie otwierających się buteleczkach, wata cukrowa (ale tylko w bogatszych gminach), no i oczywiście domowej roboty lody! Takie „nakładane łyżką”. Do tego należałoby dodać, że na naszych kocach kibicowały również mrówki, koniki polne,  pewnie nie jeden pajączek, a nikt wtedy nie robił z tego afery. Teraz jest trochę inaczej. Wszyscy chcemy wygody, ale to pewnie obecne czasy nas do tego przyzwyczaiły…

Wracając do zawodów, niewiele różnią się te, które ja pamiętam z dzieciństwa, od tych, które rozgrywane są teraz. Najpierw sztafeta. Ktoś by powiedział, no biegają dookoła boiska, ale nie… Tu do pokonania były czy płotki, czy rów z wodą, ale najmocniejszy zawodnik zawsze dostawał w przydziale ścianę! Na twarzy każdego druha, który znalazł się na zmianie, w której trzeba było przeskoczyć przeszkodę malowała się duma i widać było, że czuje odpowiedzialność, jaka na nim ciąży! Często ta duma znikała, gdy stres czy może inne czynniki zewnętrze spowodowały, że ściana okazywała się MUREM nie do przejścia. Sparaliżowany druh albo wisiał na niej bezwładnie, albo gubił „pałeczkę”, którą powinien przekazać dalej. Nie mniej jednak ten odcinek i ta przeszkoda zarezerwowane były dla tych najmocniejszych. Ilu druhów, tyle i pomysłów na pokonanie ściany. Czasem był to najprawdziwszy kabaret, a czasem gimnastyka na najwyższym poziomie!

Zawody to nie tylko sztafeta, ale także bojówka! No i tu zawsze wiele zależało i wiele zależy od sprzętu. Już nie jeden raz było tak, że po sztafecie drużyna już widziała siebie z  medalem, gdy nagle motopompa powiedziała „NIE”! Ileż się trzeba było niekiedy namęczyć, żeby sprzęt jednak odpalił. Niektórzy taką upartą motopompę, która krzyżuje szyki głaskali, zaklinali, a inni, w swojej bezradności ją wyklinali, jakby to miało im w czymś pomóc. Poza tym oczywiście rozwijanie węży, strącanie pachołków, a to wszystko jak najszybciej. Ktoś powie „nic wielkiego”. No i pewnie ma rację, ale z drugiej strony to było i dla wielu ciągle jest, wydarzenie, na które czeka się cały rok!

Na zawody przyjeżdżają pasjonaci: i kibice, i sami druhowie. Bo jak powiedział już niejeden strażak – do tego nie można nikogo zmusić. To po prostu trzeba kochać! Skoro już przy miłości jesteśmy, to powiedzmy jeszcze, że tak dawniej, jak i dziś najwierniejszymi kibicami są żony i narzeczone/ dziewczyny  – jak zwał, tak zwał, naszych dzielnych druhów. Każdy chciałaby „błysnąć” na zawodach i zdobyć ten puchar, ale powiedzmy szczerze, uznanie konkurentów i podziw w oczach ukochanej nie mogą się równać z żadnymi trofeami.

Jest jeszcze jedna rzecz, która mimo lat na zawodach się nie zmienia, a młodzi druhowie są przez to godni podziwu – szacunek do starszych czy to stopniem, czy to wiekiem. Na placu zawodów zwykle mamy tłum młodych strażaków-ochotników, między którymi przechadzają się sędziowie, no i ci „starsi”, z których czasami młodzież sobie żartuje, ale tak, że komendant czy prezes (bo o nich mowa) nie poczuje się urażony. Ostatecznie dobrze wie, kogo ma w drużynie. Oto strażacki fenomen, przez lata moich bacznych obserwacji nigdy nie zauważyłam, aby jakiś komendant czy prezes nie zrozumiał żartu młodego druha i na przykład się obraził. Przeciwnie. Druga rzecz, podsłuchując (tylko trochę) rozmowy między młodym strażakiem, który szykuje się już do bojówki, a szanownym prezesem, który w galowym ubraniu przechadza się tylko, słychać często „prezesie, tylko do pana mam zaufanie” – o co chodzi?  A no o to, żeby ktoś zapiął hełm, poprawił co trzeba. Tak było kiedyś, tak jest do dziś.

Ten właśnie szacunek do swoich zwierzchników, choć często okraszony niemałą dawką humoru i żartów, to zaangażowanie w powierzone obowiązki, to ciepło i sympatia bijąca z uśmiechniętych strażackich twarzy, to wszystko sprawia, że tak jak kiedyś, tak i dziś jest to chyba najbardziej lubiana formacja mundurowa, zarówno ochotnicy, jak i strażacy z PSP. A same zawody? To pewnie temat na opasłą pracę naukową z dziedziny socjologii. Nie mniej jednak coś w tym jest, że tak jak kiedyś, tak i teraz, kiedy wszyscy jesteśmy zagonieni, a niedzielny poranek wydaje się być idealnym czasem, żeby wreszcie powylegiwać się w łóżku, kibice-pasjonaci znajdują czas i niezależnie od pogody zjawiają się wraz ze swoimi drużynami na zawodach. Tu, też niezmiennie od lat, nie liczy się miejsce, bo jak powiedział podczas niedzielnych strażackich zmagań wójt gminy Biała Podlaska Wiesław Panasiuk – wszyscy jesteście zwycięzcami, bo wszyscy wystawiliście swoje drużyny!

Zatem, zawody to fenomen czy jeden wielki przypał? Pewnie wszystko zależy od tego, co kto lubi. To tak jak z muzyką disco-polo. Jedni powiedzą, że to kit! Inni będą się zachwycać, bo taneczna, bo fajne melodie, bo Zenek śpiewa. O gustach się nie dyskutuje.

Zawody strażackie to czas i miejsce, gdzie spotykają się miłośnicy! I to dotyczy zarówno kibiców, jak i uczestników. Jak zawsze ćwiczeniom towarzyszy atmosfera zdrowej rywalizacji i wzajemnego szacunku. Zazwyczaj, na wszystkich, już po zakończeniu imprezy czeka również grochówka, jakiej w domu nikt z nas raczej nie ugotuje.

W miniona niedzielę (7 maja) w Ciciborze Dużym odbyły się gminne zawody sportowo-pożarnicze. Z gminy Biała Podlaska wystawionych zostało 12 drużyn. Ta ilość, podobnie jak w przypadku zawodów w Międzyrzecu świadczy o niesłabnącej popularności tego rodzaju zmagań. O tym świadczy też fakt, że zgodnie z regulaminem, zawody mogą być rozgrywane co rok lub co dwa lata. W powiecie bialskim niezmiennie strażacy rywalizują ze sobą co rok! To dowód na to, że  chcą się rozwijać, chcą się doskonalić, bo przecież to nie tylko sportowa rywalizacja, ale też możliwość sprawdzenia swoich sił. Nigdy nie wiadomo, kiedy trzeba będzie się wykazać i to już nie na placu zawodów, ale w sytuacji rzeczywistego zagrożenia.

Następne zawody już 21 maja w Konstantynowie.

Dodaj komentarz

Nie od dziś mówi się, że przyszłość mediów to internet. Większość gazet, rozgłośni i telewizji przechodzi, lub całkiem przenosi się, do świata wirtualnego. Puls Miasta wychodzi naprzeciw swojej społeczności, oferując lokalną telewizję internetową.

REDAKCJA

Agencja Filmowa Reporter

Zbigniew Maciejuk, Ola Majewska, Marek Drwięga

Redakcja

KONTAKT

Agencja Filmowa Reporter

ul. Osterwy 1,
21-500 Biała Podlaska


+48 601 380 302
zbigniew.maciejuk@wp.pl

NEWSLETTER

* Zapisując się do newslettera oświadczasz, że wyrażasz zgodę na przesyłanie wiadomości drogą elektroniczną.