Szumowiny na kolację i rozpracowywanie rusycyzmów. Językowe potyczki

Zapożyczenia to temat rzeka, można o nich mówić, mówić i mówić, a temat i tak nie zostanie do końca wyczerpany. Dlaczego, można zapytać? A no dlatego, że język to żywa materia, która nieustannie podlega różnego rodzaju zmianom, przekształceniom. Powodów tego jest oczywiście wiele.

Zwolenników zapożyczania z innych języków jest tak samo dużo jak i przeciwników takich działań. Ja pozwolę sobie na odrobinę prywaty i dodam, że choć uważam, że polszczyzna naprawdę jest piękna i ma w swoich zasobach słowa, których zastępować nie musimy, to jednak zapożyczenia są nam potrzebne! Prawda jest taka, że słowa czysto słowiańskie w naszym języku stanowią zaledwie kilkanaście procent, zatem bez zapożyczeń nasz piękny język polski nie byłby ani taki piękny, ani taki bogaty! My po prostu nie mamy świadomości, że pewne zwroty, wyrażenia czy same słowa już kiedyś „wzięliśmy” sobie z innych języków. W tej chwili one tak bardzo przenikły do polszczyzny, że ich obcość nie jest w ogóle odczuwana!

Nie będziemy tu prowadzić wykładu na temat rodzajów zapożyczeń itp., zrobimy to przy innej okazji. Dziś skupiamy się wyłącznie na kilku, moim zdaniem ciekawych, przykładach.

Gdy mówiłam o tym, że jestem zwolenniczką zapożyczeń to nie do końca się wytłumaczyłam. Teraz błąd ten naprawię. Mamy taką fantastyczną językową kalkę jak „nastolatek”. Słowo jest stosunkowo krótkie, łatwo się zapamiętuje, jak większość obecnych kalek czy zapożyczeń pochodzi z angielskiego. No i pytam teraz tych wszystkich, którzy na zapożyczenia krzywo patrzą – czym zastąpić „nastolatka”? No właśnie! Oczywiście, że da się to zrobić, ale za każdym razem trzeba będzie ów wyraz opisywać przy pomocy przynajmniej  kilku innych słów. Podobnie jest z „weekendem”. Zamiast krótko zapytać kolegę „Jakie masz plany na weekend” będziemy pytać „Jakie masz plany na najbliższe wolne dni, czyli sobotę i niedzielę”? Naprawdę? O ile z nastolatkiem sytuacja wygląda nieco prościej, o tyle weekend [łikend] jest zapożyczeniem, które zapisujemy i wymawiamy tak jak w angielskim. I takich przykładów jest więcej, na przykład łacińskie „absolutorium”.

Ciekawe czy wielu z Was, drodzy Czytelnicy wie, że zapożyczeniem również łacińskim, jest „kolacja”. Tak! W polszczyźnie mamy wieczerzę, czyli posiłek wieczorny, a po włosku nasza kolacja oznacza śniadanie. Niezłe zamieszanie, prawda? Skąd się więc wzięła kolacja? Łacińskie „collacio” to ‘zebranie’. Do tej pory zresztą mówi się kolacjonowaniu, czyli sprawdzaniu zebranych czy porównywanych tekstów.

Kolacja do polszczyzny trafiła dosyć okrężną drogą, bo o ile jest to wyraz pochodzenia łacińskiego, o tyle formę, którą dziś się posługujemy najprawdopodobniej przejęliśmy od Francuzów lub Niemców. U tych pierwszych wyraz ten oznaczał podwieczorek.

W polszczyźnie kolacja istniała od mniej więcej XVII. wieku, na początku jednak oznaczała ucztę, która potem przekształciła się w wieczerzę, bo wówczas zbierali się na niej wszyscy. Wieczerza bez wątpienia jest słowem bardziej uroczystym, podniosłym, ale też uważana jest dziś za określenie archaiczne. O wieczerzy mówimy najczęściej chyba w przypadku wieczerzy wigilijnej.

To może jeszcze jedna ciekawostka…

Wertując całkiem niedawno „Annę Kareninę” Lwa Tołstoja natrafiłam w niej na następujące zdanie: „Jak one to będą zlizywały przy herbacie, myślała o swych dzieciach, przypominając sobie, jak sama będąc dzieckiem, zdumiewała się, że dorośli nie zjadają tej najlepszej części konfitur – szumowin”. No i pytanie, co z tymi szumowinami?

Dziś słowo szumowina ma zdecydowanie pejoratywne nacechowanie. Gdy mówimy o kimś, że „to szumowina” mamy na myśli wszystko to, co najgorsze. Tymczasem…

„Szumowiny” trafiły do polszczyzny z języka niemieckiego. Niemieckie „shaum” to pianka, ale jednocześnie i męty, czyli to co wrzątek wyrzuca. Szumowiny więc stosować możemy zarówno w odniesieniu do tego, co się gromadzi na wierzchu, gdy smażymy konfitury, jak i gdy gotujemy rosół. W przypadku tegoż rosołu, szumowiny zdecydowanie przeszkadzają, zbieramy je, wyrzucamy.

Gdyby Tołstoj w oryginale swojej powieści użył słowa „pienki” (zapis wymowy!), Iłłakowiczówna nie miałaby wątpliwości, jak je przetłumaczyć. Natomiast, że było inaczej tłumaczka użyła do przełożenia słowa, które jest najbliższe jej doświadczeniom, czyli właśnie szumowiny, bo tak u nas nazywa się to, co powstaje na wierzchu podczas smażenia konfitur.

Owe męty z rosołu czy szumowiny z dżemu stały się z czasem podstawą metafory – dziś mówimy „męty, szumowiny społeczne”, czyli to co się wyrzuca.

Słów kilka o rusycyzmach!

Powiedzieliśmy troszkę o zapożyczeniach w ogóle, a w tych językowych potyczkach na warsztat weźmiemy rusycyzmy! Wszak Polak Rusek dwa bratanki…, czy nie?!

Rusycyzmy to całkiem pokaźna liczba zapożyczeń w języku polskim. Nic dziwnego, losy Polski i jej wschodniego sąsiada od wieków się splatają. Mając na myśli tylko historię najnowszą zaczynamy od rozbiorów, a kończymy na okresie PRL. Mało? Nic więc dziwnego, że słów o pochodzeniu ruskim w naszym języku mamy aż nadto.

„Czajnik, czort, łagier, kolektyw, kolektywizacja, nieudacznik, zagwozdka” – oto rusycyzmy w polszczyźnie. Wiedzieliście?  I żeby była jasność, nikt nie neguje używania tych słów, bo właściwie dlaczego? Nieco inaczej jest w przypadku kalki składniowej, frazeologicznej czy semantycznej, która to kalka nie jest aprobowana przez środowisko językoznawców. Dlaczego? Dlatego, że narusza ona podstawy języka polskiego.

Dla dobra naszego języka, tak nie mówimy!!!

Póki co  (w znaczeniu: na razie), prawidłowy ( w znaczeniu: poprawny), rozpracować ( w znaczeniu: analizować), wiodący (w znaczeniu: główny, najważniejszy). Ponadto nie mówimy uznać kogoś winnym, ale za winnego. Za błędne uznaje się również konstrukcje: gdzie by nie pójść (poprawnie: gdziekolwiek by pójść), kto by nie był  (poprawnie: ktokolwiek by był), pod rząd (poprawnie: z kolei), reprezentować coś sobą (poprawnie: reprezentować), wziąć się za coś  (poprawnie: wziąć się do czegoś).

Z rosyjskiego pochodzą również: umieralność, zachorowalność czy wypadkowość. One wypierają polskie formy opisowe, takie jak liczba zgonów, liczba zachorowań czy liczba wypadków.

Za błędne uznajemy również speckomisje, o których ostatnio głośno, głośno, coraz głośniej. Dlaczego nie mówimy komisje specjalne? Co? Gorsze są?

No i to, czego osobiście nie znoszę! „Warszawa piszę się z wielkiej litery”! Po stokroć NIE! „Warszawa piszę się wielką literą”.  W tym miejscu chciałoby się napisać – ku pamięci!

To tyle jeśli chodzi o tę porcję wiedzy o zapożyczeniach. Jako, że wspomniałam na początku, że to temat rzeka, wiele jeszcze wody upłynie, zanim pokrótce przynajmniej omówimy wszystkie, dlatego też w następnych potyczkach na warsztat bierzemy hungaryzmy i bohemizmy!

Dodaj komentarz

Nie od dziś mówi się, że przyszłość mediów to internet. Większość gazet, rozgłośni i telewizji przechodzi, lub całkiem przenosi się, do świata wirtualnego. Puls Miasta wychodzi naprzeciw swojej społeczności, oferując lokalną telewizję internetową.

REDAKCJA

Agencja Filmowa Reporter

Zbigniew Maciejuk, Ola Majewska, Marek Drwięga

Redakcja

KONTAKT

Agencja Filmowa Reporter

ul. Osterwy 1,
21-500 Biała Podlaska


+48 601 380 302
zbigniew.maciejuk@wp.pl

NEWSLETTER

* Zapisując się do newslettera oświadczasz, że wyrażasz zgodę na przesyłanie wiadomości drogą elektroniczną.