tymoszynska-reklama

Życie z pasją: Katarzyna Biegajło „Bez głowy i trenera trudno wygrać”

MMA, czyli mixed martial arts., czyli… mieszane sztuki walki. To ciągle jeszcze nowa dyscyplina sportu, w której zawodnicy walczą przy dużym zakresie dowolnych technik. Tyle jeśli chodzi o definicję. Choć dyscyplina to może jeszcze mało znana, to w Białej całkiem nieźle sobie „radzi”. Nie brakuje u nas miłośników tego rodzaju sztuk walki, a wśród nich jest i ona – Katarzyna Biegajło, która zdradziła nam, czy MMA to sport tylko dla silnych kobiet.

Ola Majewska: Kiedy zaczęła się twoja przygoda z MMA?

Katarzyna Biegajło: Przygoda z MMA zaczęła się dokładnie 6 września 2012 roku, kiedy jeszcze studiowałam w Warszawie i poszłam na pierwszy trening do tamtejszej COPACABANY. Niestety nie mogłam tam trenować tak długo, jakbym chciała, bo zaczęły się pojawiać pewne nieprzyjemności, typu kontuzje i ze względów zdrowotnych zaczęłam robić tylko ju jitsu. Zajmowałam się tym tak naprawdę dopóki studiowałam w Warszawie. Jak wróciłam do Białej to wówczas dopiero całkowicie skupiłam się na MMA.

O.M.: To jak wyglądały te początki?

K.B.: Same początki w sumie były dość śmieszne. Wydawało mi się wówczas, że ja będę wyłącznie stójkową zawodniczką, bo przez dłuższy czas interesowałam się boksem. Nie miałam niestety okazji trenować, ale zawsze fascynowały mnie te sporty „uderzane”. Jak już mówiłam w pewnym momencie bardzo skupiłam się na ju jitsu, głównie ze względów zdrowotnych, ale również dlatego, że w COPACABANIE było ono na naprawdę najwyższym poziomie.

O.M.: Mówisz, że zawsze fascynowały Cię sporty uderzane, teraz skupiasz się na MMA, ale to w dalszym ciągu mało kobiece. Czy nie?

K.B.: Zawsze uważałam, że sport w wykonaniu mężczyzn wygląda lepiej, przede wszystkim ze względu na  lepsze warunki fizyczne: są szybsi, silniejsi, bardziej wytrzymali. Nie mają jednak tej kobiecej zawziętości, że choćby nie wiem co się stało i tak muszę wygrać. A skąd się wzięły te sporty uderzane? Nie wiem. Wydaje mi się, że to jest kwestia charakteru…

O.M.: Powiedziałaś kiedyś, że lubisz się bić… skąd to się wzięło?

K.B.: Hmm… no trudno powiedzieć. Z jednej strony bawiłam się z chłopakami, biegałam za piłką, a z drugiej przebierałam lalki. Nie wiem. Po prostu lubię i już (śmiech). Gdyby było inaczej, to pewnie bym nie trenowała.

O.M.: MMA to sport typowo siłowy czy siła jest tylko dodatkiem do tego, co siedzi nam w głowie?

K.B.: Jeśli chodzi o samo przygotowanie motoryczne w MMA, właśnie za to kocham ten sport, że wszystkie zdolności motoryczne musimy mieć rozwinięte na tym samym poziomie. Trzeba być zarówno silnym, szybkim, jak i wytrzymałym. Siła o tyle się przydaje, że to od niej wychodzą te pozostałe cechy motoryczne. Jest to więc podstawa tego naszego rozwoju jeśli chodzi o fizyczność. Nie zawsze jest jednak tak, że to silniejszy zwycięża. Czasem jest tak, zwłaszcza w końcówkach, że bez głowy i trenera trudno wygrać.

O.M.: Trenujesz głownie z chłopakami. Kto kogo rozkłada na łopatki?

K.B.: No wiadomo, że oni ze mną wygrywają, bo to są faceci. Taka jest specyfika sportu. Mało jest takich klubów, gdzie jest dużo pań. Ja akurat trafiłam do federacji Ladies Figth Night – to oni nam organizują obozy, no albo takie typowo sparingowe spotkania, dzięki temu można z tymi dziewczynami sparować. W każdym klubie jest tak, że jest jedna, dwie czasami trzy kobiety (ale to już przy dużym szczęściu), z którymi można ćwiczyć. Ja ćwiczę z chłopakami. Mi to nawet pasuje, bo zauważyłam, że faceci bardziej się przykładają do pracy. Jeśli im  zależy to potrafią się temu poświęcić, a z kobietami jest różnie. Natomiast jeśli chodzi o to, kto kogo rozkłada na łopatki – to zdecydowanie oni mnie, nie ja ich (śmiech).

O.M.: Jak to się stało, że trafiłaś do Ladies Fight Night?

K.B.: Nie wiem jak to dokładnie wyglądało „od środka”, bo rozmowy prowadził mój trener. Po tym, jak wróciłam z zeszłym roku z MŚ dostałam propozycję walki zawodowej. Nie do końca byłam gotowa na to, żeby bić się zawodowo, ponieważ nie do końca jestem jeszcze obita amatorsko,  miałam nie tak znowu dużo stoczonych walk, ale trener powiedział, że „bierzemy i kropka”. No i cóż – „wzięliśmy” to i całkiem dobrze na tym wyszliśmy. Nie wiem do końca, kto się mną zainteresował, ale cieszę się, że tam trafiłam, no i że nadal mogę tam być.

O.M.: Całkiem niedawno było głośno o pewnej zbiórce, którą prowadziłaś, aby móc pojechać do Las Vegas na Mistrzostwa Świata. Jak to się w ogóle stało, że dostałaś taką propozycję?

K.B: Pojawiła się taka informacja, że zbierana jest kadra na wyjazd na MŚ. My, mimo że wiedzieliśmy od początku, że musimy sami pokryć koszty, zainteresowaliśmy się. Żeby móc jechać musiałam mieć pas takiej polskiej amatorskiej federacji AFC, więc dostałam walkę o ten pas, wygrałam i dzięki temu mogłam tam pojechać.

O.M.: Pieniądze się znalazły i pojechałaś do Las Vegas. Tym, którzy Cię wspierali przywiozłaś prezent w postaci brązowego medalu. Jak było w tym Vegas?

K.B.: Gorąco! 45 stopni (śmiech). Mogę mówić o tym jedynie od strony sportowej, bo niby byliśmy tam dwa tygodnie, ale żyłam właściwe samymi walkami. Nie było po prostu czasu na zwiedzanie. Jeśli chodzi o kwestie sportowe – rewelacja. Świetna organizacja, takie fajne spotkanie pierwsze dnia, jak się zaczynał ten „fight week” – wyjaśniono nam wszystko od początku do końca. Mankamentem byli sędziowie, niestety.  Niektórzy nie do końca wiedzieli, co mają robić. Widać było, że są tam sędziowie z najwyższej półki, bardzo dobrzy i że są tacy „na doczepkę”. Niektóre decyzje były straszne! Bardzo pilnowano na tych MŚ kwestii antydopingowej, mieliśmy robione testy, a kobiety dodatkowo badane były, czy nie są w ciąży. Bardzo mi się to podobało. Poza tym kontrolowane było nawet to, co wnosiliśmy ze sobą do jedzenia na strefę walk. Pamiętam, że miałam jeszcze kilka godzin do walki, więc wzięłam ryż z owocami, który potem został sprawdzony przez odpowiednią komisję. Pod tym względem mistrzostwa – rewelacja. Bardzo sprawny przebieg walk, żadnych opóźnień – super.

O.M.: Masz taką rywalkę, z którą spotykasz się regularnie albo z którą bardzo byś chciała się spotkać?

K.B.: Mimo że walczę w MMA, nie jestem taką fanka, która śledzi wszystkich zawodników. Niektórzy pewnie uznają, że to wstyd czy że to śmieszne, ale ja nie znam nawet niektórych topowych zawodników z UFC. Jest ich tak wielu, że ciężko zapamiętać, a ja teraz jeszcze kończę studia i prowadzę zajęcia. Nie znam wszystkich zawodniczek z mojej kategorii wagowej, ale myślę, że jak to się wszystko będzie rozwijać, to może trafi się ktoś taki, kto na przykład zajdzie mi za skórę (śmiech) albo po prostu, będę chciała się z nią sportowo zmierzyć. Wszystko mi jedno z kim walczę…

O.M.: Przyjaźnicie się między sobą? Czy to taka „chłodna przyjaźń”?

K.B.: Jeśli o mnie chodzi, nie ma czegoś takiego jak „chłodna przyjaźń”. Nie należę do osób agresywnych, nie czuję też do moich przeciwniczek nienawiści czy jakiegoś niesmaku. Oczywiście przed walką podglądam ją, żeby wiedzieć czego się spodziewać, ale potem rozmawiamy czy nawet spotykamy się na kawie czy na piwie.  Da się normalnie funkcjonować.

O.M.: Skoro jesteśmy przy walkach, to jakoś specjalnie się do nich przygotowujesz? Dieta, intensywniejsze treningi?

K.B.: Trudno mi mówić o jakimś schemacie, bo jeśli chodzi o walki zawodowe to mam za sobą dopiero dwie. Cały czas się uczę. Jeśli chodzi o treningi to tak, jeśli wiem, że mam walkę to zwiększamy troszeczkę intensywność. Teraz robię jeden trening dziennie, ale przed walką, ostatnie 8-10 tygodni, robimy 2 jednostki treningowe dziennie, ja w tygodniu robię ich 11. Na pewno jest trening na macie, ale ja dodatkowo robiłam też ten siłowy i wytrzymałościowy.

O.M.: Jaka jest różnica między amatorskim a zawodowym MMA?

K.B.: Ja różnicę odczułam najbardziej chyba w dystansie. W amatorskim jest tak, że są trzy rundy po 3 minuty, a w zawodowym są 3 rundy po 5 minut, a to już naprawdę ogromna różnica jeśli chodzi o przygotowanie kondycyjne. Wydaje mi się natomiast, że coraz bardziej zatraca się ta różnica między poziomem sportowym, ponieważ jest tyle gal i zawodów, na których można się bić amatorsko. Inną kwestią jest nasza głowa.  Mamy jednak zakodowane, że to walka zawodowa, że duża gala, w grę wchodzi jeszcze telewizja albo internet.

O.M.: Jest taka walką, którą szczególnie zapamiętałaś?

K.B.: Ja się tak stresuję, że połowy z tych walk w ogóle nie pamiętam (śmiech). Poważnie już mówiąc, taką najważniejszą i najbardziej zapamiętaną będzie mój debiut zawodowy. Miałam tam taką sytuację, że ponad dwie minuty byłam duszona, udało mi się z tego wyjść. Miałam wówczas ogromną satysfakcję, że się nie poddałam i że mimo naprawdę kryzysowej sytuacji udało mi się z niej wyjść i walczyłam do końca.

O.M.: MMA to sport bardzo kontuzyjny?

K.B.: Jest kontuzyjny. Jeżeli dużo sparujemy, ale zresztą też przy technicznych elementach, zdarza się, że coś tam się wydarzy. Niestety, mamy tu bezpośredni kontakt dwóch osób i choć staramy się dbać o swoje bezpieczeństwo i bezpieczeństwo osoby współćwiczącej to zdarzają się połamane nosy, wybite barki.

O.M.: W takim razie, nie boisz się, że ktoś kiedyś złamie Ci nos?

K.B.: Nie no, szczerze mówiąc to oczywiście, że się obawiam. Każdy trochę się tych kontuzji boi, bo jedna taka kontuzja może wykluczyć do końca życia z zawodów. W każdym sporcie zdarzają się urazy. Czy jest dziś w ogóle jakiś sportowiec, który nie ma problemów z kręgosłupem?

O.M.: Czy to w takim razie sport dla twardych dziewczyn? Czy takie twarde jesteście tylko na macie? 

K.B.: Myślę, że to różnie bywa. Poznałam wiele osób ze środowiska MMA i to często bardzo wrażliwi ludzie, Zwłaszcza, o dziwo, mężczyźni! Niby twardzi i rewelacyjnie zbudowani, świetny poziom sportowy, a w środku to tak naprawdę grzeczne chłopaki. Jeśli chodzi o dziewczyny – jest tak samo. To wszystko kwestia charakteru.

O.M.: Żałujesz czego w sportowym życiu?

K.B.: Nie! Jeśli chodzi o brąz to jestem z niego bardzo zadowolona, choć na początku był lekki niedosyt, bo celowaliśmy nieco wyżej, ale tak się to potoczyło. Ja przed tymi mistrzostwami miałam stoczoną jedną walkę  plus jedną na almie, więc w sumie nie za dużo. Pech chciał, że trzy tygodnie przed wylotem byłam kontuzjowana, więc ten  okres przygotowawczy wcale takim nie był. Nie mogłam wtedy trenować, więc odpoczywałam. Odpowiadając na pytanie: Nie, niczego nie żałuję. Troszkę jest mi przykro, że przy poprzedniej walce, moja rywalka się wycofała, bo przygotowywaliśmy się pod nią. Niestety kontuzja ją wykluczyła.

O.M.: Największe sportowe marzenie…

K.B.: Chyba tak jak każdego zawodnika, żeby być w tym UFC. Jestem taką osobą, że nie do końca potrafię uwierzyć w to, że mogłabym być z pasem mistrzowskim UFC na biodrach, ale żeby dostać się do tego UFC – to jest już ogromne wyróżnienie. Gdyby federacja zainteresowała się kimś takim jak ja, z małego miasta, to już byłoby super.

O.M.: Na koniec powiedz, co Cię w tym MMA tak fascynuje?

K.B.: Głównie to, że nie ma takiej możliwości, żeby zawodnik mógł powiedzieć, ze wszystko umie. Zawsze, ale to zawsze da się coś poprawić, zawsze można nauczyć się czegoś nowego i zawsze masz przed sobą jakiś cel, nad którym w danym momencie pracujesz.

O.M.: Jesteś w stosunku do siebie krytyczna?

K.B.: No, chyba aż za bardzo. Pamiętam takie sparingi, my wyjechaliśmy do Łęcznej, do zaprzyjaźnionego klubu i ja byłam bardzo niezadowolona po nich, a to było chwilę przed walką. Mój trener natomiast był bardzo zadowolony! Więc tak, jestem krytyczna.

Dodaj komentarz

Nie od dziś mówi się, że przyszłość mediów to internet. Większość gazet, rozgłośni i telewizji przechodzi, lub całkiem przenosi się, do świata wirtualnego. Puls Miasta wychodzi naprzeciw swojej społeczności, oferując lokalną telewizję internetową.

REDAKCJA

Agencja Filmowa Reporter

Zbigniew Maciejuk, Ola Majewska, Marek Drwięga

Redakcja

KONTAKT

Agencja Filmowa Reporter

ul. Osterwy 1,
21-500 Biała Podlaska


+48 601 380 302
kontakt@pulsmiasta.tv

NEWSLETTER

* Zapisując się do newslettera oświadczasz, że wyrażasz zgodę na przesyłanie wiadomości drogą elektroniczną.