Taekwon-do – sztuka walki, sztuka wychowania, sztuka dyscypliny…

Wyszkolił setki „czarnych pasów”, jest między innymi brązowym medalistą świata w taekwon-do – trener, sędzia i zawodnik – o tym czy taekwon-do jest sportem dla każdego, czego uczy i jak długo trzeba pracować, żeby zacząć spełniać swojej marzenia rozmawiamy ze Zbigniewem Bujakiem! 

Ola Majewska: Jak zaczęła się Pana przygoda z taekwon-do?

Zbigniew Bujak: To była dawno temu. Zawsze chciałem trenować, więc zawsze gdzieś tutaj (AWF) pod oknami chodziłem. Zaczęło się tak, że przyjechał do nas na studia student z Białegostoku – Marek Bazyłko, który miał czary pas w judo i bodajże brązowy w karate quioshi. Przez TKKF w Białej Podlaskiej zorganizował najpierw sekcję judo, a potem karate. I od tego się zaczęło. Najpierw ćwiczyłem judo, potem karate, a dopiero na końcu taekwon-do.

O.M.: Swoje umiejętności doskonalił Pan pod okiem Koreańczyków, czyli ludzi, którzy w taekwon-do nie mają sobie równych. 

Z.B.: Był taki czas, że w Polsce przebywała grupa koreańskich instruktorów, którzy przyjechali do nas na zaproszenie polskiego związku i po prostu ja z nimi ściśle współpracowałem. Praktycznie co weekend w Białej Podlaskiej był Koreańczyk, dzięki temu i ja się szkoliłem indywidualnie, i on prowadził zawodników.

O.M.: W tej chwili jest Pan posiadaczem 8 DAN…

Z.B.: W sztukach samoobrony, w sportach walki, szczególnie tych o pochodzeniu azjatyckim jest taki system gradacji, czyli osoby, które trenują podlegają systemowi stopni uczniowskich i mistrzowskich, które na zewnątrz pokazuje kolor pasa. W taekwon-do mamy 10 uczniowskich i tu jest tak, że 10 jest najniższy, a 1 jest najwyższy, czyli tak na odwrót. Mamy też 9 stopni mistrzowskich. Na zewnątrz pokazuje je czarny pas i naszywane rzymskie cyfry. Można powiedzieć, że ja osiągnąłem już maximum, bo na 8 DAN jeszcze jest egzamin, a 9 po prostu się dostaje.

O.M.: W takim razie, jak długo trzeba trenować, aby to wszystko osiągnąć?

Z.B.: Ponieważ między stopniami musi być karencja, chodzi o czas, więc czarny pas to jest okres około 4-5 lat. Natomiast jeśli chodzi o te poszczególne DAN-y to jeżeli zda się na 1 DAN to trzeba czekać przynajmniej 1,5 roku, żeby można ubiegać się o drugi, 2 lata na trzeci i tak dalej. Ja z siódmego na ósmy czekałem 7 lat, a taekwon-do zajmuję się od 1982 roku.

O.M.: W tej chwili jest Pan trenerem MKS ŻAK. Ostatnio mieliśmy okazję oglądać Pana podopiecznych na zawodach w Janowie Podlaskim, a kilka dni temu zaprezentowali się w Dąbrowie Białostockiej. 

Z.B.: Tak, jeden z naszych zawodników zdobył brązowy medal, a pozostali zajmowali miejsca w przedziale 5-8.

O.M.: Właśnie, więc jak wygląda sytuacja z bialską młodzieżą? Drzemie w niej potencjał czy raczej niekoniecznie?

Z.B.: Początki taekwon-do w Białej wyglądały następująco: było taekwon-do i poza tym NIC. No oczywiście nie mówię o judo i karate. Wtedy byliśmy monopolistami. Dzisiaj w Białej Podlaskiej działa aikido, capoeira, boks, kickboxing, karate, muay-thai, MMA i taekwon-do. Możliwości jest więc dużo i są one wykorzystywane przez młodzież. Mogę powiedzieć tak, poziom tych dzieci z naboru, jak obserwuję to na przestrzeni lat, jest coraz niższy, ale z każdego naboru trafiają się osoby zdolne albo bardzo zdolne. Jeśli chodzi o taekwon-do to poziom jest naprawdę bardzo wysoki. Adrian Mostowski, który był na mistrzostwach Europy, jedzie na mistrzostwa świata – on ma za sobą 9 lat treningów, mimo że jest bardzo uzdolniony. Kiedyś, w takim malutkim i nieznanym miasteczku, jak Biała Podlaska nie było co robić. Dziś oferta jest szeroka, wiec osoby, które przychodzą naprawdę to cenią. Oczywiście, tych osób trenujących dziś jest znacznie mniej niż kiedyś, ale to też wynika z tego, że są inne grupy, inne sekcje.

O.M.: W jakim wieku najlepiej jest zacząć trenować?

Z.B.: Moim zdaniem najlepszy wiek to 9-10 lat, oczywiście zakładamy, że aby coś osiągać, aby  były efekty trzeba trenować przynajmniej 5 lat.

O.M.: Pięć lat to sporo, czy wobec tego taekwon-do to sport dla wymagających i cierpliwych?

Z.B.: Nie, po prostu z punkt widzenia procesu szkolenia idealnie by było, gdyby uczestnik przychodził pięć, sześć razy w tygodniu, ale nie ma szans, żeby ktokolwiek tak przyszedł. Jak na treningach pojawiają się dwa, trzy razy w tygodniu to ten czas się wydłuża. Jak ja prowadziłem sekcję w latach dziewięćdziesiątych (1992 r.) to my trenowaliśmy 12 razy w tygodniu: dwa razy w sobotę, dwa razy w niedzielę i po jednym razie przez resztę tygodnia.

O.M.: Teraz chciałabym zapytać, jak Pan ocenia z perspektywy czasu – łatwiej jest kogoś uczyć czy łatwiej się samemu czegoś nauczyć?

Z.B.: No to jest bardzo trudne pytanie, bo aby siebie trenować wymagany jest bardzo wysoki poziom samodyscypliny. Z tego punktu widzenia trenować innych jest łatwiej. Natomiast z drugiej strony innych jest trudniej, bo jest ich kilku lub kilkunastu. Każdy w takiej grupie jest indywidualnością i do każdego należałoby w procesie treningowym podchodzić indywidualnie. Tak się nie da. Znów wracając do siebie – siebie samego znamy bardzo dobrze, pod warunkiem, że jesteśmy obiektywni. Odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie chyba się nie da. Wewnątrz siebie człowiek zawsze jest niezadowolony, a trenując innych zawsze znajdzie się powód do radości. Choćby z tego, że zdają egzamin. Ja, jako trener, zawsze wsłuchuję się w to, co dzieje się w szatni. Jeżeli po treningu dzieci rozmawiają ze sobą, krzyczą, śmieją się – to uważam, że to był dobry trening. Jeżeli jest cisza, to idę tam i patrzę, co się dzieje.

O.M.: Łatwiej jest pracować z młodzieżą czy z dorosłymi?

Z.B.: Z mojego punktu widzenia, nie ma to żadnego znaczenia, ponieważ tutaj na uczelni prowadzę zajęcia z dorosłymi ludźmi, no i to, czego dorosłych uczę miesiąc, dzieci uczę trzy albo cztery miesiące. Natomiast specyfika pracy z dziećmi jest zupełnie inna. Czasami nie poddają się dyscyplinie, trzeba stosować różne środki, mam tu na myśli na przykład zabawy, częściej trzeba ich motywować. Mają inne problemy albo inne ograniczenia jak dorośli. Z tego punkt widzenia ta praca jest ciekawa, bo z dorosłymi pracujemy inaczej, a z dziećmi czy młodzieżą jeszcze inaczej. Nie ma nudy i rutyny!

O.M.: Czy taaekwon-do to sport dla każdego?

Z.B.: Każdy może ćwiczyć, ale nie każdy osiągnie sukces.

O.M.: To gdzie jest ten klucz do sukcesu?

Z.B.: Moim zdaniem na ten klucz składają się trzy elementy. Pierwszy z nich to „garnitur genetyczny”, który dziedziczymy po przodkach. Oznacza to tyle, że są osoby, które mają pewne predyspozycje i takie, które ich nie mają. Ci pierwsi mają więc dobry punkt wyjścia. Drugi element to z pewnością „szczęście do trenera”. To on przecież decyduje o kierunku i przebiegu procesu szkolenia. No i trzecia rzecz to cierpliwość, systematyczność, no albo inne cechy charakteru, które powodują, że osoba jest wytrwała. Przyjeżdża do mnie na treningi chłopak spoza Łukowa, ponad 40 km, a są przecież i tacy, którym się przez ulicę nie chce przejść.

O.M.: Skoro jesteśmy przy tym szczęściu do trenera, to warto wspomnieć, że to Pan jest uważany za najlepszego bądź jednego z najlepszych trenerów Polsce. 

Z.B.: To wszystko kwestia dyskusyjna. Fakt, że w Polsce, a może i w Europie wyszkoliłem najwięcej „czarnych pasów”, ale to też wynika z tego, że udało się stworzyć taki system, w którym oni na treningi przychodzili po 12 razy w tygodniu. Trenowali non stop – u mnie i w domu. Praktycznie każdy, kto wtedy zaczynał doszedł do czarnego pasa, teraz to jest rzadkość. Wielu woli siedzenie przed komputerem

O.M.: Jakie cechy powinien mieć wobec tego trener idealny?

Z.B.: Moim zdaniem to cierpliwość, zdolności pedagogiczne i chęć ciągłego doskonalenia się – swoich umiejętności, swojej wiedzy. Według mnie zawód trenera zabija rutyna. Inny problem to wypalenie zawodowe. Mnie przed tym nikt nie ostrzegał, ja robię to, mówię o tym wyszkolonym przeze mnie instruktorom. Był taki czas, że ja prowadziłem 11 treningów jednego dnia. Cały dzień siedziałem na sali. To jest niedopuszczalne. Teraz też wielu instruktorów ma po 4-5 treningów dziennie. Tak być nie może. Oczywiście, jak jesteśmy na fali, odnosimy sukcesy to nas nakręca i chce nam się dalej tak działać, często kosztem rodziny. Ja akurat miałem to szczęście, że mam wyrozumiałą żonę. Prawda jest taka, że praktycznie każdy wieczór spędzamy poza domem, co weekend też gdzieś wyjeżdżamy – to są właśnie „uroki” bycia trenerem.

O.M.: Czy taekwon-do to sport urazogenny?

Z.B.: Mnie tak uczono i teraz ja to powtarzam: lepiej mniej nauczyć, ale żeby było bezpiecznie, żeby nie było urazu. Ja przez swoją praktykę, przez ileś tam lat, przez te setki albo nawet tysiące ćwiczących mogę powiedzieć, że było bardzo mało urazów, o których ja wiem! Są tacy zawodnicy, którzy stosują coś takiego, co nazywa się desymulacją, czyli ukrywają, nie mówią o swoich schorzeniach czy urazach. Miałem takiego zawodnika, on w tej chwili już skończył karierę, lekarz mi powiedział, że był parę razy wzywany do niego, bo miał wadę serca! Ja o tym dowiedziałem się już po wszystkim. On tak chciał ćwiczyć i jego rodzice też chcieli, żeby to robił, że przede mną tę wadę ukrywali. Lekarz brał to na siebie. Jeśli chodzi o samą urazowość w taekwon-do to możemy powiedzieć, że jest średnia w trakcie zawodów. Mówimy tak, bo przecież każde rozbicie nosa to już uraz, a tam gdzie jest bezpośredni kontakt wiadomo, że są otarcia, sączenie itd. Na treningach tych urazów jest jeszcze mniej, bo po pierwsze przez lata wypracowaliśmy już metodykę szkolenia, po drugie mamy rozwinięty system tych stopni (wiadomo, że jak mierzy się żółty i czerwony pas, to ten drugi może doprowadzić do urazu), po trzeci „wychowujemy” tych zawodników. Najważniejsze są zasady, reguły, szacunek do drugiego człowieka. W sportach walki jest tak, że teraz to ja uderzyłem Ciebie, ale za chwilę mi oddasz. Być może jest tak, że ta niska urazowość jest kosztem sukcesów sportowych. Być może one byłby większe, gdybym ja pozwalał na więcej na treningach. Dla mnie jednak najważniejsze jest bezpieczeństwo. Nie wyobrażam sobie sytuacji, kiedy rodzić wysyła do mnie dziecko na zajęcia, a potem ode mnie dostaje telefon, że to dziecko jest nie wiem – połamane, nieprzytomne.

O.M.: Taekwon-do to nie tylko walka „jeden na jeden”…

Z.B.: Taekwon-do powstało jako sztuka walki, ta natomiast z definicji charakteryzuje się tym, że nie ma w niej rywalizacji sportowej. Ćwiczymy dla siebie, są różne elementy i jest takie założenie, że będziemy ćwiczyć to do końca życia. Twórca taekwon-do zobaczył, że poprzez sport można osiągać inne cele i opracowany wówczas został system rywalizacji, ale żeby nie był on jednostronny wymyślono pięć konkurencji. Nie ma obowiązku startu we wszystkich, można sobie coś wybrać.

O.M.: Skoro jesteśmy przy tych konkurencjach, to powiedzmy, że w jednej z nich zawodnicy np. rozbiją deski. Jak to jest w ogóle możliwe?

Z.B.: Generalnie jest tak, że w sportach walki nie mamy gdzie sprawdzić, czy coś jest skuteczne czy nie. Ja mogę na przykład ocenić czy coś jest poprawne np. z punktu widzenia struktury ruchu, ale nie wiem czy ona kreuje siłę czy nie, a walce wręcz musi być siła, więc wymyślono taki sprawdzian – rozbijanie deski. Deski najczęściej są 30 cm x 30 cm i 2 cm grubości. Z założenia, każda osoba, która jest w miarę dobrze przygotowana będzie mogła wykonać to rozbicie. Działają tu prawa fizyki. Oczywiście, im więcej desek przybywa, tym skala trudności rośnie. Dla ludzi, którzy nie ćwiczą wydaje się to czymś niesamowitym, natomiast dla ludzi, którzy trenują może być to trudne, ale jest to wykonalne. W taekwon-do nie wykonuje się rozbijania cegłówek, płyt betonowych, chociaż i to da się zrobić. Jeśli coś jest podparte na brzegach, to ma jakąś swoją określoną wytrzymałość.

O.M.: Taekwon-do jest ponoć bardzo popularne wśród dziewczynek. Prawda?

Z.B.: Trudno powiedzieć. Taekwon-do jest taką dyscyplina, w której trudno na pierwszy rzut oka rozpoznać czy ktoś trenuje czy też nie. Nie niesie takich efektów adaptacyjnych na przykład w postaci przyrostu mięśni, tak jak w boksie nabitych łuków brwiowych czy spłaszczonego nosa. Po drugie, taekwon-do może być atrakcyjne dla dziewczyn, dlatego że preferowane są techniki nożne, a dziewczyny są bardziej gibkie, bardziej rozciągnięte, łatwiej im przychodzi wykonywanie różnych ruchów, a poza tym walka nie jest brutalna.

O.M.: Po zakończeniu swojej kariery zawodniczej przez lata był Pan też sędzią taekwon-do. Na co najbardziej zwraca się uwagę sędziując walki?

Z.B.: Sędziowanie ma swoją specyfikę, ponieważ jak mówiłem, mamy pięć konkurencji i każdą inaczej się sędziuje. Skupmy się na walce sportowej. Ona ma swoje regulaminy i ma swoje ograniczenia. W walce nie ma uderzeń z pełną siłą, więc to sędzia musi zadecydować czy to uderzenie było poprawne, zgodne z regulaminem czy też nie. Tutaj bardzo przydaje się doświadczenie, bo walka jest bardzo szybka. Ponadto specyfiką taekwon-do jest to, że sędzią nigdy nie będzie osoba, która nie trenowała. Mało tego, musi to być osoba, która ma czarny pas! Specyfiką jest też to, że w ciągu dnia takich walk jest naprawdę dużo i cały czas trzeba być skoncentrowanym. Trzeba się znać na tym, co się robi i to z pewnością zaleta, z drugiej jednak strony często werdykty są kontrowersyjne, bo tę samą technikę jeden sędzia uzna, a inny nie. Zawodnicy często więc mają pretensje, najczęściej do wszystkich, nie do siebie, a w pierwszej kolejności do sędziów właśnie. Z jednej strony to sędziowanie jest fajne, bo stoimy na straży bezpieczeństwa tych zawodników, wychowujemy ich przez przestrzeganie regulaminu, a z drugiej rzadko kiedy przegrany godzi się werdyktem. Najczęściej obwinia się wówczas właśnie sędziów. W Polsce jest profesor od sportów walki – Roman Maciej Kalina, który w 2000 roku napisał „Teorię sportów walki”. On ukuł takie wyrażenie: jeżeli zawodnik w emocjach, w tym dążeniu do wygranej jest w stanie przestrzegać przepisów i regulaminu, to w każdej innej sytuacji życiowej też będzie określonych reguł przestrzegał.

O.M.: Był Pan już zawodnikiem, sędzią i trenerem. Co daje najwięcej satysfakcji?

Z.B.: Za każdym razem to inny rodzaj satysfakcji. Zawodnicy najczęściej są młodzi, wtedy na różne sprawy, tak i na taekwon-do, patrzy się „innymi oczyma”. Ja tej sztuce walki przyglądam się już 40 lat. Moje widzenie dzisiejsze jest zupełnie inne od tego sprzed 30 lat. Wszystko się zmienia. Dziś nie ma już na świecie twórcy taekwon-do. Ci młodzi zawodnicy nie widzieli na oczy Koreańczyka! Ja z nimi miałem do czynienia, twórca taekwon-do mnie rozpoznawał na ulicy, ja byłem u niego na seminariach, on mnie poprawiał, miałem wzór do naśladowania. Ci młodzi dziś często nie wiedzą, jak się wymawia coś po koreańsku. Będąc zawodnikiem, trenerem czy sędzią przeżywa się takie momenty, które dają ogromną satysfakcję: jak się stoi na podium, sędziuje na przykład finały Mistrzostw Świata w Hondurasie, gdzie na trybunach siedzi prezydent kraju i wiem, że ja to robię dobrze, bo nikt nie ma pretensji. Tak samo w pracy trenera, jak widzę, że dzieci chodzą na treningi, nawet nie wygrywają, ważne, że chodzą, że przestrzegają reguł, które wpajamy im na sali. Satysfakcja ogromna jest też wtedy, gdy widzę jak mój zawodnik walczy w ostatniej walce o brązowy medal. Sala jest już posprzątana, dogrywka trwa 30 minut i on wygrywa!  Właśnie w takich sytuacjach „wychodzi” to, jak przygotowany jest zawodnik. Takie zwycięstwo daje ogromną satysfakcję zarówna dla niego, jak i dla trenera. W taekwon-do runda trwa dwie minuty, a tutaj on walczył pół godziny. Ja, obserwując to, wiem, że dobrze pracowaliśmy i teraz są tego efekty.

O.M.: Co by Pan uznał za swój największy sukces?

Z.B.: Z jednej strony na pewno to, że wytrwałem i nadal mi się chce! Rok temu zdawałem egzamin, pomijam już to, co trzeba umieć, ale w pewnym wieku nie chce się być poddawanym ocenie, a tu trzeba wyjść przed komisję i udowodnić, że to co się robi, robi się dobrze. Nie da się czegoś nauczyć w miesiąc czy dwa. Jak ja zdawałem na 8 DAN to tutaj wychodzi wieloletnie, częste powtarzanie. To się nazywa sezonowanie techniki. Druga rzecz jest taka, że prowadzenie przez lata treningów wymaga ode mnie tego, żeby cały czas być aktywnym, bo jak ja coś pokażę?! Niektóre rzeczy są trudne, więc muszę o siebie dbać. Jeśli chodzi więc o te sukcesy, to z jednej strony to, że wytrwałem, a z drugiej to, że dzięki temu, że przez lata, jak jestem trenerem ileś setek osób mogło przeżyć przygodę. Tak jak nasz prezydent Dariusz Stefaniuk, mówi, że kiedyś tam trenował, wytrwał trzy miesiące, ale dobrze, że mógł doświadczyć tego, czym jest taekwon-do.

O.M.: Czego uczy taekwon-do?

Z.B.: Zilustruję to przykładem: każdy pracownik, tak jak ja, jako pracownik AWF muszę przechodzić badania lekarskie, kiedyś w jednej z przychodni zaczepiła mnie pewna pani, jak się później okazało, była to mama dziewczyny, która 15 czy 20 lat temu u mnie trenowała. Ta mama w tej przychodni nie mogła się nadziękować, kim została jej córka dzięki taekwon-do, jakich cech charakteru nabyła. Całkiem niedawno obchodziliśmy natomiast święto 34. Pułku Piechoty. Wtedy podszedł do mnie ojciec, którego syn dostał się do BOR – mówił, że to dzięki taekwon-do. Prawdopodobnie jest tak, że jeśli ktoś ma zaniżone poczucie własnej wartości, to taekwon-do nie tyle wbija w dumę, ile podnosi. U osób, które są bardzo pobudzone lub nieco agresywne, taekwon-do obniża tę agresję lub ją kanalizuje. Na pewno jest to sztuka walki, która wyrabia systematyczność, odporność (bo treningi są ciężkie), uczy pokory (bo musimy mieć świadomość, że to,  co przed chwilą zrobiłem przeciwnikowi, on za chwilę może zrobić mi). Poza tym taekwon-do wyrabia zdrowe nawyki żywieniowe, zmusza do aktywności fizycznej, ale przede wszystkim uczy poszanowania zasad! Każdy sport ma swoje reguły, ale w naszym przypadku są one szczególnie mocno przestrzegane.

O.M.: Na koniec chciałabym wrócić do Pana kariery zawodniczej. Jakie emocje towarzyszą zawodnikowi, zdobywającemu medal dla swojego kraju?

Z.B.: Na pewno niepewność! W czasie gdy ja byłem zawodnikiem nie było Internetu, nie byliśmy w stanie ocenić co prezentują inni. Jechaliśmy i nie wiedzieliśmy, co zaprezentują inni. Dzisiaj to jest wymiana informacji, wtedy już sama kamera była towarem niezwykle lukususowym. W tym momencie można jeszcze wspomnieć o tym, czego może jeszcze uczyć taekwondo – otóż mowa o trzymaniu nerwów na wodzy. Podczas moich indywidualnych mistrzostw ktoś złożył na mnie skargę, bo jak to jakiś Polak mógł wygrać taką imprezę. My wygraliśmy ten proces. Taekwon-do jest również takim spełnieniem marzeń. Ono wymagało od  mnie ciągłego doskonalenia i podnoszenia swoich kwalifikacji i umiejętności. Warto było pracować. Oczywiście, gdy ja trenowałem nie było na tych mistrzostwach hymnu. Dziś jest inaczej: jest hymn, są nagrody, te finały są tak podzielone, że robi się z tego pewnego rodzaju spektakl. Mam dzięki temu wszystkiemu poczucie dobrze spełnionego obowiązku.

Dodaj komentarz

Nie od dziś mówi się, że przyszłość mediów to internet. Większość gazet, rozgłośni i telewizji przechodzi, lub całkiem przenosi się, do świata wirtualnego. Puls Miasta wychodzi naprzeciw swojej społeczności, oferując lokalną telewizję internetową.

REDAKCJA

Agencja Filmowa Reporter

Zbigniew Maciejuk, Ola Majewska, Marek Drwięga

Redakcja

KONTAKT

Agencja Filmowa Reporter

ul. Osterwy 1,
21-500 Biała Podlaska


+48 601 380 302
zbigniew.maciejuk@wp.pl

FORMULARZ

Masz pytania? Skontaktuj się z nami!

Przejdź do formularza